środa, 2 lipca 2014

Wodospad NIEOGARA

Ostatnio dzieje się tak wiele, że aż brak nam czasu na pisanie postów. Wreszcie zaczęła się nasza droga. Wreszcie czujemy, że jesteśmy w obcym kraju. Wreszcie używamy języka angielskiego, mniej lub bardziej łamanego, ale istnieje szansa, ze ponglish wkrótce zacznie się przeobrażać w english.
I jest BOMBOWO!!!
Zepsuł mi się tylko dysk przenośny, a więc utraciłam moje dotychczasowe zdjęcia - no cóż nie będę rozpraszać, czas po prostu na nowe przygody.
Jest kilka rzeczy o których dotąd nie wspomnieliśmy.

JAK KOMUNIKUJEMY SIĘ Z KRAJEM?
Udało się nam załatwić kanadyjski numer telefonu. Było z tym sporo zachodu, bo jak się okazało, żaden z naszych telefonów komórkowych nie działa na kanadyjskich częstotliwościach. Zawsze przed wyjazdem na inny kontynent warto to sprawdzić, zaoszczędzi wam to sporo problemów. Musieliśmy kupić tutaj na miejscu smartfona (Angie została zmuszona do smartfona - tragedia), braliśmy od razu taki, który będzie działał w Europie, żeby nie okazało się po powrocie do kraju, ze telefon jest na złom (100$). Zaletą tego sprzętu jest również Internet, mamy do niego dostęp wszędzie gdzie jest zasięg. Telefon działa jak antena i możemy włączyć WIFI i korzystać z internetu również na notebooku, czy tablecie - mega opcja.
Zaopatrzyliśmy się w kartę SIM w sieci WIND - sieć ma dobry zasięg w dużych miastach - zobaczymy jak będzie na prowincji - na północ od Wielkich Jezior prawdopodobnie słabo, bo praktycznie wcale nie ma tam zasięgu, ale i ten problem jakoś przezwyciężymy. Darmowe rozmowy w kraju, SMSy w kraju i za granicą, a także 5 GB Internetu. Wykupiliśmy abonament na 3 miesiące i razem ze starterem kosztowało to 160$. Jeśli chcemy zadzwonić do Polski, czy gdziekolwiek za granicę warto zaopatrzyć się w kartę PhoneVi, czy jedną z wielu jej podobnych za 5-20$ pozwala dzwonić do kraju za stosunkowo niskie ceny.
Jeśli ktoś z was ma ochotę usłyszeć nasz głos też może do nas zadzwonić. Warto zajrzeć na stronę sieci TOOLANI, oferuje ona połączenia z Kanadą za 7 gr za minutę. Wystarczy się zalogować, wprowadzić odpowiedni kod i można dzwonić do woli, a nam też będzie miło was usłyszeć. Nasz Kanadyjski numer to 647 767 0689

PARTY W MUZEUM
Głównym celem naszej podróży do Toronto było Royal Ontario Museum, wiedzieliśmy, że w piątki jest nocne zwiedzanie, za niższą opłatą - jakie 10$. Wiadomo student chce na wszystkim przyoszczędzić. Więc uznaliśmy, że idziemy na to nocne zwiedzanie. Gdy dotarliśmy na miejsce i zobaczyliśmy kolejkę kilkuset osób, nasz zapał osłabł. Zrezygnowani usiedliśmy na murku. Podeszła do nas pani z ochrony i zapytała, czy stoimy w kolejce, powiedziałam że nie i zagaiłam dalszą rozmowę. Przemiła Pani dopytywała się skąd jesteśmy i gdy dowiedziała się, że z Polski i jaki jest nasz cel podróży zaproponowała nam dwa darmowe bilety do muzeum i wprowadziła nas poza tą ogromną kolejką. To było coś patrzeć jak ludzie tańczą, jedzą, piją piwo pomiędzy dinozaurami! Myślałam, że dinozaury pierwszy raz są na imprezie. Ale skąd! Skądinąd wiem, że bywają niemal co tydzień!
Poszliśmy do sali, która jest przeznaczona historii Rdzennych Amerykanów: Inuitów, wszelkich plemion, wschodu, centrum i zachodu Kanady. RAJ! To już chyba drugi w tej podróży... Mogłam w końcu na własne oczy zobaczyć to o czym tyle czytałam. Artefakty tych plemion to prawdziwe majstersztyki. Irokezi z kory, skóry koralików tworzyli dzieła sztuki. Micmac z Wysp Księcia Edwarda wyplatali koszyki, które są przepiękne w swej różnorodności. Materiały jakie głównie stosowano wśród Rdzennych Amerykanów to: kora, głównie brzozy, ale zdarza się też kora innych drzew, koraliki, najpierw z igieł jeżozwierza, później też szklane - przywiezione przez Europejczyków, igły sosnowe - tutejsze igły różnią się znacznie od naszych są długie i wyplata się z nich koszyczki, skóra, drewno. Wyszliśmy chyba koło 11 w nocy, bo ciężko było opuścić tak ciekawe miejsce.

CHRZEST W WODOSPADZIE
Do Niagara Falls pojechaliśmy z naszymi hostami z Toronto. Dzięki ich uprzejmości odbyliśmy rejs pod wodospad. Rzeczywiście być tam i nie skorzystać z tej opcji to grzech. Na takich rzeczach nie należy oszczędzać, jeśli ktoś kiedykolwiek będzie miał okazję tu zawitać niech koniecznie poświęci te 20$ i się przepłynie, zwłaszcza jeśli jest tak gorąco jak tu (prawie 40oC - jest tak gorąco, że aż stopień upadł z wycieńczenia). Wrażenia - jak dla mnie nie porównywalne z niczym innym dotąd. Każdy wchodząc na pokład dostaje uroczy czerwony płaszczyk przeciwwodospadowy - pod którym i tak byłam totalnie mokra. Udało nam się stanąć na dziobie statku. Rejs trwa jakieś pół godziny i jest to jedna z przyjemniejszych "półgodzin" w życiu. Ogrom wodospadu zachwyca, onieśmiela i napawa wielką wdzięcznością dla jego twórcy. Takie są właśnie moje wrażenie. Stałam więc na dziobie z wyciągniętymi do góry rękami w niemym zachwycie, ewentualnie ze słowami wdzięczności  i chwały na ustach. NIEBYWAŁE doznania!
Samo miasto jest dość kiczowate, wyrosło w środku niczego ze względu na wielką atrakcję jaką jest wodospad. Obfituje w takie oferty jak muzeum Frankensteina, Darkuli, Klocków Lego, Mini Golf między Dinozaurami. Jeśli odejdzie się od ścisłego centrum spotkamy się z normalnym życiem - w takiej dzielnicy my mieszkaliśmy, jeśli pójdzie się jeszcze odrobinkę dalej minie się tory (jeśli idziemy na północny zachód) - miasto gwałtownie się urywa, przeistacza w wieś i pola uprawne, podczas gdy w środku sterczą wieżowce, które wyrosły tu trochę "od czapy".
Wieczorem poza samym wodospadem ochrzciła nas jeszcze burza, skakanie po kałużach przy trzaskających piorunach w temperaturze 30 stopni to jest coś! Sukienka nasiąkła mi wodą na tyle, że prawie ze mnie spadała. Miał być zachód słońca nad wodospadem, ale niestety nie doszliśmy tam na czas. Zachód odwołany. :P
Dlaczego Wodospad Nieogara? To na naszą cześć do czasu aż się tutaj ogarniemy w podróży. :P
Dookoła jest taka wilgoć, że wszystko rdzewieje i porasta grzybem, ale i tak robi wrażenie.

Nasi sponsorzy i patroni pojawili się w Kanadzie razem z nami

Suszę szalik w jelenie.

Moja Niagara - pierwsze szkice z podróży.

Podwójna tęcza and wielką wodą.

Chyba nir tego szukamy nad Niagarą.


MIĘDZYNARODOWE SPOTKANIA NAUKOWE
Mieliśmy ogromną przyjemność spotkać się z prof. Williamem Engelbrechtem, który odebrał nas z domu naszego hosta i zabrał na wycieczkę do Crawford Lake Conservation area - na północ od Hamilton. Jest to rekonstrukcja Irokeskiej Wioski, do której profesor zwykł zabierać swoich studentów podczas wykopalisk. Dojechaliśmy na miejsce 5 minut przed otwarciem. Więc byliśmy praktycznie pierwszymi gośćmi. Cudownie na własne oczy zobaczyć to co pochłonęło ponad rok mojej pracy (nad licencjatem) i wreszcie konkretnie zwizualizować sobie jak Irokezi, Huroni, czy Algonkinowie żyli na prawdę.
Trafiliśmy na bardzo ciekawe panie przewodniczki z którymi szybko złapaliśmy wspólny język. Potrafiły czarować słowem, ale też bez przekłamywania faktów opowiedzieć o życiu pierwotnych mieszkańców. Gdy dowiedziały się z jak daleka przyjechaliśmy były bardzo zaaferowane, gdy dowiedziały się skąd jest profesor były równie zaaferowane, a najbardziej zafrapował je fakt, że przyjechaliśmy razem. Muszę jednak przyznać, że prof. Engelbrecht tak jak podejrzewałam jest złotym człowiekiem, niezwykle pomocnym, co zdążyłam zauważyć już wcześniej podczas mojej współpracy z nim. Na koniec wziął nas na lunch do restauracji nieopodal autostrady i później podrzucił w dogodne miejsce do stopowania.
Szłypki :P - taki nasz slang sanocko-podlaski

Testowanie indiańskiego posłania - na bank mogę żyć w irokeskiej wiosce.

Z przecudownym człowiekiem jakim jest prof. Engelbrecht.

Krystalicznie czysta woda w Jeziorach Ontario.

AUTOSTOP W KANADZIE
Pierwszy tak na prawdę autostop złapaliśmy po 2 minutach oczekiwania, później było nieco gorzej bo jakieś 1,5 h i ostatni to jakieś 10 minut w tym tempie bez pośpiechu dotarliśmy do London, gdzie znaleźliśmy wcześniej hosta na couchsurfingu. Gość jest totalnie zakręcony, pracuje nad jakimś programem kosmicznym, dziś kupił w Huston jakiś budynek za 32 mln $ nie wnikam, ale robi wrażenie, a więc żarty żartami, ale myślę, że wkrótce autostop w kosmosie będzie możliwy. Gość uwielbia muzykę na żywo ma mnóstwo instrumentów, gitary (6 sztuk) + dodatki (piec, kostki, slider etc.), pianino, podobno miał kiedyś skrzypce, ale komuś pożyczył, ogólnie jest to dom w którym jest "mydło i powidło" czyt. wszystko.A tu mały bonus :P



W objęciach niedźwiedzia Grizzli.

Srający dinozaur - mina wyraża wszystko.

Królowa sucharów.

Podglądanie życia ptaków - stopklatka z naszego filmu dokumentalnego.

Poszukiwanie najwygodniejszego drzewa na odpoczynek..


piątek, 27 czerwca 2014

Toronto - Jezioro Osobliwości

To określenie najlepiej moim zdaniem opisuje miasto. Mnóstwo kontrastów, kolorowi ludzie, pomieszane rasy i narodowości, w jednym człowieku znaleźć można krew z każdego kontynentu, znajomość mnogich języków, nierzadko bardzo dziwnych. W tej różnorodności tkwi urok tego miasta. Teoretyzując pisaliśmy kiedyś, że Kanada to mozaika kulturowa, teraz potwierdzamy to z całą pewnością. Nie sądzę by była jakaś nacja, której jeszcze nie ma w Kanadzie.


Skoro wiadomo, że "suchar z rana jak śmietana", pozwolę sobie zarzucić taki podtytuł:

"CHCESZ NALEŚNIKA? A JAK TO JEST NA LEŚNIKA?"
Tego nie sprawdzałam, ale udało nam się skosztować tradycyjnego kanadyjskiego śniadanka, czyli naleśników z syropem klonowym. Ich receptura jest nieco inna niż nasza, bo oprócz tradycyjnych składników dodaje się jeszcze proszku do pieczenia, a więc ich konsystencja jest taka jak naszych racuchów. Są pulchniutkie i prawie nie zawierają cukru, bo już sam syrop załatwia sprawę. Specjał, który my jedliśmy, był o tyle ciekawy, że oprócz naleśnika, syropem polewaliśmy leżący na nim, smażony bekon - pyszniackie, choć w życiu bym się nie spodziewała, że zasmakuję w takim połączeniu.

To już "oczywista oczywistość", że w drodze, trzeba próbować lokalnych specjałów, a więc za namową Kamila, syna goszczącego nas polskiego małżeństwa, poszliśmy do Smokies Poutinerie, gdzie podają ichniejsze Poutin (czyt. Putin :P). Danie składa się z frytek z nieobieranych ziemniaków, jakiegoś osobliwego sera, który jest w formie kuleczek i gulaszowego sosu, którym to wszystko się polewa, na tyle gorącego, by ser się rozpuścił. Ogólnie miszmasz. Jak dla mnie brak tam mięsa, strasznie to słone, ogólnie - nieciekawe, ale tradycyjne, więc trzeba było spróbować. :P

KOMUNIKACJA MIEJSKA
Jest jakoś mało intuicyjna, kiedy używa się jej pierwszy raz. Ale może to te moje blond włosy. :P Działa na tej zasadzie, że kupuje się tu w sklepie tokeny, które wyglądają jak małe dwuzłotówki i mają na rewersie logo TTC. W autobusie wrzucamy je panu kierowcy do skrzyneczki i za to dostajemy bilecik. Upoważnia nas on do jazdy w jedną stronę, ale nie możemy już na nim wracać. Jeśli jedziemy np. na zachód, to konsekwentnie jedziemy na zachód, z dowolną liczbą przesiadek (przynajmniej tak mi się na razie wydaje).
Jeden token kosztuje 3 dolary
Otwarte na przestrzał metro.

MIASTO WIEŻOWCÓW
Co jest najbardziej rozpoznawalnym obiektem Toronto? CN Tower. Ta antena powstała w 1976 i mierzy nieco ponad 555 m, widok z niej na jezioro jest obłędny. Z ziemi wyrastają potężne wieżowce różnych kształtów i kolorów. Szklane domy o których pisał Żeromski są tu jawą. Kark boli od patrzenia w górę.

Odbijające się w lustrze Jeziora Ontario "Szklane domy"

Toronto to miasto zieleni, wszędzie można znaleźć parki, skwery,
drzewa, trawniki, nawet przy autostradzie.

"Tam gdzie spadają anioły" :P

Wielkie wieżowce sąsiadują z małymi domkami o
ostro spadzistych dachach. Niektóre domy są śliczne
i zadbane jak na powyższym zdjęciu, a inne obdrapane i obskurne,
lecz mające jeszcze więcej uroku.
Kościół św. Andrzeja wśród wieżowców
TO CZEGO SZUKAMY
Mieliśmy dziś wielkie szczęście. Idąc spokojnie ulicą trafiliśmy na plac, gdzie odbywał się jakiś festyn, wytężyłam wzrok i wypatrzyłam napis: National Aboriginal History Month. Myślę sobię: "Raj, już pierwszego dnia trafiliśmy na takie wydarzenie!" Stragany z rozmaitością indiańskich wyrobów, od bransoletek, kolczyków, naszyjników, poprzez koszyczki plecione z igieł sosnowych z elementami plastrów poroża jelenia lub innego rogacza, aż po wszelkiej maści ubrania, czapki, rękawiczki, mokasyny, pacynki. Nie brakło też współczesnej sztuki indiańskiej, która łączy tradycję z nowoczesnością. Zapożycza motywy z legend rodowych.
Swoje wyroby prezentowali potomkowie różnych plemion: Ojibwa, Cree, Huron. Zebraliśmy mnóstwo materiałów promocyjnych, obejrzeliśmy pokaz mody indiańskiej (która mocno niekiedy odbiegała od tradycji). Udało się porozmawiać z rdzennymi mieszkańcami, dowiedzieć nieco o ich życiu, brak tylko czasu, by to wszystko opisać.
Irokeska maska w jednej z galerii, gdzie dowiedzieliśmy się
co nieco na temat Pow Wow odbywających się w okolicy.

Dwie pacynki z kojotów z którymi świetnie się dogadałam
Artystka z plemienia Nunavut, autorka powyższych pacynek.
Najserdeczniej uśmiechnięta osoba jaką spotkałam.
Powrót do domu kolorowymi ulicami miasta:

Samochód - klomb - auto zasypano ziemią i zasiano w nim roślinki.

Breaking News - niebanalna reklama stacji telewizyjnej.

Osobliwości miasta - warto mieć gdzie usiąść.

Feeria barw na ulicach

Wieczorny widok na złotą antenę.

środa, 25 czerwca 2014

CANTUS ZAOCEANUS*


Here we are! W końcu na kanadyjskiej ziemi, to strasznie dziwne uczucie dla kogoś, kto nigdy nie był poza Europą, wręcz abstrakcyjne. W Kanadzie podobnie jak w USA „wsio balszoje”.  Ale od początku, bo nasz najdłuższy jak dotąd dzień w życiu, od rana był pełen przygód. Wylot miał być o godzinie 10.05 czasu polskiego. Ustawiliśmy się kulturalnie w kolejce do odprawy bagażu i przy stanowisku poinformowano nas, że nasz lot Lufthansą przez Frankfurt (z pięciogodzinnym oczekiwaniem) może być zamieniony na  bezpośredni lot Dreamliner’em do Toronto. Jedyną niedogodnością miał być przylot o 2h późniejszy w stosunku do pierwotnego, co dla nas było żadną niedogodnością. Lecieliśmy więc  Lotem bezpośrednio do naszego celu z całkiem smacznym jedzeniem na pokładzie, bez większych turbulencji. Na obiad był kurczaczek i różne dodatki.


Wnętrze samolotów rejsowych jest obszerne, dwa korytarze, trzy kolumny siedzeń w każdym po 3 rzędy, dzieci płaczą przy lądowaniu itp., a więc samolotowe standardy. Nie mogło obyć się bez uciapania sobie spodni kawą. Udało się jej jednak spokojnie wyprać w samolotowej toalecie (chciałam napisać "bibliotece", bo mój umysł chce już spać).

 Lecieliśmy wygiętym ku północy łukiem nad Danią, Skandynawią (widząc z góry piękne fiordy), później mieliśmy nadzieję zerknąć z góry na Islandię i Grenlandię, jednak nieprzenikniona pierzyna z chmur nam to skutecznie uniemożliwiła. Dopiero nad Wielkim Psem - Labradorem chmury się rozsunęły i pokazały nam piękno tego młodoglacjalnego krajobrazu. Trzeba przyznać, że z tego lodowca to jest niezły artysta, rzeźbił prawdziwe cuda w podłożu po którym zasuwał te kila ładnych lat temu.

Widzicie tę murenę w lewym dolnym rogu? :P

Toronto przywitało nas rzęsistym deszczem i mało szałowymi widokami z samolotu. Bardzo tu parno, a ma być jeszcze bardziej. Za to ludzie są gościnni. Państwo Małgorzata i Andrzej odebrali nas z lotniska i ugościli u siebie. Uraczyli przepyszną kolacją (o godz. 4 wg czasu polskiego), więc czas najwyższy trochę odpocząć by mieć siły przed intensywnymi kolejnymi dniami tej podróży.
Wszyscy straszyli nas, że kontrola celna na lotnisku będzie najtrudniejszą i najmniej przyjemną częścią podróży, ale bardzo miły młody uśmiechnięty człowiek powiedział tylko zerkając na naszą rekomendację, że studiował historię i że trochę nie mamy na co liczyć, jeśli chodzi o tę podaż w turystyce. :P Ale tak łatwo się nie poddamy.
Dowiedziałam się też, że smrodek skunksa jest taki sam jak smrodek naszego lisa, tylko stokroć intensywniejszy, a zmyć się daje tylko sokiem pomidorowym. Żeby nie było, wiedza póki co nie pochodzi z autopsji :) (Angelika)

*Tytuł utworu wykonywanego przez ChPW

czwartek, 19 czerwca 2014

"Już za parę dni, za dni parę, wezmę plecak swój..."

... i trampki, i śpiwór, i karimatę, i namiot, i jakieś ciuszki na zmianę, i ręcznik, i trochę elektroniki  i jeszcze kilka rzeczy, które przez 3 miesiące w podróży mogą się przydać. Przydać się może wszystko, moja zgubna zasada "lepiej mieć, niż nie mieć" z pewnością będzie musiała być trochę przytemperowana, bo bagaż nie może być cięższy niż 23 kg. Zresztą plecak to nie tramwaj, jego pojemność nie równa się n+1. Spakowanie tego wszystkiego trzeba będzie porządnie obmyślić.
Test namiotu w Maćka ogródeczku na Ursusie.

Ale i tak nie mamy powodu do zmartwień, bo w ostatnich tygodniach wszystko układa się po naszej myśli. Finanse w podróży nie powinny stanowić już większego problemu, dostaliśmy bowiem dofinansowanie od Rady Konsultacyjnej UW na realizację projektu pt Analiza podaży w turystyce kulturowej na terenach zamieszkanych przez wybrane plemiona Indian kanadyjskich. Otrzymaliśmy całość wnioskowanej kwoty, a więc 4 tys zł co pokryje koszty biletów lotniczych.

Ponadto wsparcia udzieliła nam firma YETI, zajmująca się produkcją śpiworów i kurtek puchowych, dzięki nim, mam pewność, że nie będę marzła podczas chłodnych kanadyjskich nocy, a zmarzluch ze mnie straszny.
Udzielili nam 30% zniżki na ich produkty, co w przypadku "początkujących podróżników" jest bardzo korzystną ofertą, bo obdarzono nas kredytem zaufania, którego postaramy się nie zawieść. Śpiwór w jakim będę miała przyjemność spać to Boulder 450. Dziś w nocy już go sobie przetestowałam i trzeba przyznać, że przyjemniutki jest dziabeł. :)


Ostatnie tygodnie były bardzo intensywne, oprócz sesji i licznych egzaminów (Maciek miał także uroczyste zakończenie roku akademickiego) jeździłam z jednego końca Polski w drugi. Jednego dnia Tatry, drugiego Mazury. W to mi graj! Kluczowe znaczenie dla projektu miała zwłaszcza rajza mazurska.
Patronem honorowym wyprawy jest fundacja Dziedzictwo Nasze, której prezesuje pani Barbara Grąziewicz-Chludzińska. Przemiła kobieta, która z wielką serdecznością ugościła u siebie mnie i Karolinę, dzięki której miałam przyjemność nawiązać tę znajomość. Pani Barbara jeszcze w latach osiemdziesiątych ze względu na swą aktywną działalność została wybrana Matką Chrzestną statku Ziemia Suwalska, dzięki czemu wraz z mężem miała możliwość uczestniczyć w pięknym rejsie po Wielkich Jeziorach Amerykańskich. Ów rejs trwał nieco ponad dwa miesiące i zaowocował stworzeniem 8 dzienników podróży, które dla nas, młodych dziewczyn, były istnym wehikułem czasu.
Kolejnym punktem programu był pokaz przezroczy ze wspomnianej podróży. Wspaniała sprawa. W starym budynku dworcowym, gdzie dziś mieści się muzeum oglądałyśmy rzucane na ścianę przez wiekowy już rzutnik slajdy z przezroczy, słuchając jednocześnie opowieści autorki zdjęć.
Choć nasza podróż będzie przebiegać nieco inną trasą, przede wszystkim lądową, to jednak doświadczenia minionych dni będą punktem wyjścia do kompendium porównawczego.
Ostatnie dni dały mi ogromnego powera i pewność, że warto się ruszyć i zacząć działać. Tego życzę też wam na wakacje moi drodzy. (Angelika)
Piękne ryciny Pani Basi


Kreatywność ludzka nie zna granic. Uwiecznianie widoków piórkiem na deseczkach z rozebranych na statku skrzyń.
Ustawianie sprzętu 

Jak wyglądała indiańska wioska w latach 80'tych?

To nie jest rdza, a kora brzozowa. Indiańska piroga.
Wielkie podziękowania na ręce pani Barbary za wszelką pomoc i objecie patronatem honorowym naszej wyprawy.

Łosie gdzieś w drodze miedzy Węgorzewem a Kętrzynem.

wtorek, 21 stycznia 2014

Projekt - nasze dziecko :)

Otwarcie muszę przyznać, że nasze "dziecko" dojrzewa. Jakkolwiek, by to nie brzmiało. Powoli zaczyna żyć własnym życiem, czemu z zainteresowaniem i zaangażowaniem się przyglądamy.
Przykładem może być następująca sytuacja. Przed kilkoma miesiącami, jechałam sobie spokojnie autobusem linii 138 czytając książkę Obraz Kanady w Polsce, gdy przysiadł się do mnie pewien pan w średnim wieku i zagaił rozmowę słowami: Fantastyczny autobus, nieprawdaż? Z nutką konsternacji i odparłam: W zasadzie dosyć podobny do innych... Jegomość nie zrezygnował jednak z rozmowy i powiedział mi, ze pochodzi z Polski, ale obecnie mieszka w Toronto, a do Polski przyjechał na zaproszenie Hanny Gronkiewicz-Waltz, by zorganizować obchody stulecia budowy mostu Poniatowskiego (miały się odbyć 16 stycznia, chyba nic się nie działo, więc czuje, że dużo wody się tam lało;)). Co było dla mnie jednak najbardziej zaskakujące, gdy wspomniałam mu o tytule naszej wyprawy, odparł: A tak, tak... coś mi się kojarzy, czy czasem nie pisała o was jedna z gazet polonijnych? Życie, tak? Rodziawiając usta odparłam: Owszem, zgadza się... No cóż mógł to być świetny blef, lub rzeczywiście wspomniany pan coś o nas wiedział. Ach ta sława! :P

Nasz pomysł wziął się nie wiadomo skąd, na początku był tylko naiwnym zgłoszeniem do  konkursu, którego nie mieliśmy szans wygrać, bo byliśmy do tego nieprzygotowani. Konkurs się skończył, a my się nie poddaliśmy, zaczęliśmy kombinować, co też ciekawego i dobrego możemy wynieść z tej podróży.
Powstał pomysł stworzenia Totemu Współczesnej Kanady. Wcale się od tego nie odżegnujemy. Popularyzacja podróży ma swoje dobre i złe strony. Dobra strona jest taka, że każdy wyjazd nas ubogaca, lub przynajmniej powinien ubogacać, zła strona to przede wszystkim globalizacja różnorodnych kultur i ich zanikanie.Obserwuje się tendencję do wybierania zamkniętych ośrodków turystycznych, jako destynacji podróży, które bez względu na kraj, kontynent na jakim działają, są niemal identyczne i w 100% wystarczające niewymagającym turystom.
Na miejscu można kupić jakieś pamiątki związane z miejscem podróży, bez świadomości, na ile autentyczne są te przedmioty. Taka podróż już nie kształci, może być jedynie czasem relaksu, ale wątpliwy to relaks w zatłoczonym kurorcie.
Totem miałby przedstawiać naszą wizję Kanady po zweryfikowaniu wszystkich obiegowych opinii jakie słyszeliśmy. Totemy, takie jak wytwarzało i do dziś wytwarza się wśród Indian Pacyficznych w swym założeniu miały charakteryzować ród, rodzinę. Nie miały znaczenia religijnego, nie były czczone jako idole, ale przedstawiały opiekuna rodu, zwierzę które wieńczyło kolumnę.  Najczęściej były to: Kruk, Kojot, Bóbr, Niedźwiedź. Poniżej przedstawiano legendę rodową. Kolumnę "czytano" od góry do dołu. Nasz Totem byłby konglomeratem różnych historii, mitów, legend jakie w drodze usłyszymy, opierać się będzie prawdopodobnie na trampkach, nie mamy natomiast pojęcia co może zwieńczać taki totem. Czas pokaże. Taka była dotychczasowa myśl przewodnia.

Ostatnimi czasy zainteresował mnie jeszcze inny problem badawczy.
Pomyślcie z czym Wam się kojarzy Indianin?
Mi się kiedyś kojarzył głównie z pióropuszem, wigwamem, Winnetou, prerią, łukiem, koniem. Podejrzewam, że 90% z Was ma takie właśnie skojarzenia. A tymczasem...

Powyższa mapa przedstawia zróżnicowanie plemion Ameryki Północnej. To wyobrażenie, które my mamy w głowie słysząc: Indianin, wpisuje się w obraz Apaczów, Szoszonów i jeszcze kilku innych grup Indian Prerii (a i te różnią się między sobą). Przez długie lata Indianie chcąc zaspokoić turystów pozwalali się fotografować w barwnych strojach, pióropuszach itp. podczas, gdy nijak miały się one do ich tradycji.
Tak jak w Polsce inaczej wyglądają Górale, inaczej wyglądają Ślązacy, a jeszcze inaczej Kurpie, czy Kaszubi, tak samo i tam: inny jest tradycyjny strój Huronów, inny Indian Ojibwa, czy Cree, a jeszcze Inny Haida, czy Nootka.
Coraz częściej jednak zauważa się trend, jakoby rdzenni mieszkańcy przeforsowywali swoje tradycje i pokazywali turystom bliższy prawdy obraz świata prekolonialnego, bo okazało się, że jednak to też może być opłacalne, a przy okazji postępują w ten sposób zgodnie z wolą przodków i jak mniemam, własnym sumieniem.
W podróży pragniemy zweryfikować ile jest prawdy w postawionej przez nas tezie. Słyszy się, jakoby Indianie przejmowali lub tworzyli instytucje zajmujące się propagowaniem turystyki kulturowej opartej na tym, jak wyglądało ich życie zanim kolonizatorzy zaczęli zawłaszczać sobie ich ziemie. Do tej pory wszyscy słyszeliśmy głównie o Indiańskich kasynach, które stały się głównym źródłem dochodu współczesnych Indian i jedynym prowadzonym przez nich biznesem. Jeśli dopisze nam szczęście to mamy nadzieję trafić na przynajmniej jeden z licznych Pow-wow organizowanych na terenie kraju.Są to plemienne zjazdy organizowane licznie na terenie kraju, polegające na wspólnych tańcach, obrzędach, ucztach i wzajemnym obdarowywaniu się.

Nowy plan się rodzi i krystalizuję, a tymczasem ruszyliśmy z promowaniem naszego wyjazdu. Niedawno udzieliłam wywiadu  naszemu nowemu patronowi medialnemu, portalowi:
Który zapoczątkował jakąś złota falę. Wkrótce potem dostałam maila z Dziennika Wschodniego, z prośbą o przeprowadzenie wywiadu. Czy to brak asertywności, czy parcie na szkło pchnęły mnie do udzielenia odpowiedzi na kilka pytań redaktora.Już następnego dnia otrzymuje wiadomość z TVP Lublin, że chcą zrealizować o nas materiał w ramach programu "Zobacz co słychać"! Zgodziłam się po raz kolejny, bo to dla nas okazja by zaprezentować szerszej publice czego się spodziewamy. Dlatego już w drugiej połowie lutego czekajcie na kolejną wiadomość i relację  z programu!

środa, 13 listopada 2013

"Życie jest przygodą - przeżyj ją"

Otóż to! Przygodą! Uczę się tego każdego dnia. Pewna kochana Góralka zaraziła mnie tym sposobem myślenia i do dziś, wszystko co mnie spotyka, traktuję jak przygodę.

Nasza przygoda zdaje sie już być na wyciągnięcie ręki, bo...

MAMY BILETY DO KAAANAAADYYY!!!!!! :D :D :D

Przed nami wciąż wiele pracy, wiele przygotowań, ale teraz już nie ma odwrotu. 25  czerwca wieczorem tamtejszego czasu lądujemy w Toronto, stawiamy pierwszy krok na kontynencie na którym przeżyjemy przygodę swego życia. Z pewnoscią nie pierwszą i nie ostatnią, ale najbardziej, jak dotąd egzotyczną!
Istnieje duże prawdopodobieństwo, że skład naszej ekipy nieco się rozszerzy, ale o tym napiszemy więcej kiedy informacje będą już potwierdzone.


A tymczasem pragne podzielić się z wami wspomnieniami z kilku ostanich dni. Wyjazd w Góry Sowie był strzałem w dziesiatkę. Kraina upstrzona zamkami, fortecami, dworami, bunkrami, sztolniami jest prawdziwą gratką dla fanów historii. Ale nie one (czy raczej: nie tylko one) sprawiły, że wyjazd, z pewnoscią zostanie przeze mnie na długo zapamiętany. Odpowiedzialni są za to ludzie. Po pierwsze wielkie podziękowania dla moich dwóch Aniołów Stróżów, tego prawdziwego, który nie za często pokazuje mi swoją buzię i tego, drugiego, który fizycznie ze mną podróżował, czyli Kasi Mojkowskiej, dzięki której w dużej mierze ta krótka wyprawa (wyprawka ;P) wyglądała tak, a nie inaczej.


Przez cały czas miałam ogromne poczucie Bożej Opieki i wielkiego spokoju, a cała podróż wydawała się być zbiorem dokładnie do siebie pasujących elementów, które odkrywały sie przed nami w odpowiednim momencie. Może brzmi to jak pusty frazes, ale w istocie tak było.
Jakiś czas temu usłyszałam słowa Pana Piotra Kuryło, Polaka z Augustowa, który w 12 miesięcy obiegł świat dookoła, nigdy nie wiedząc czego może spodziewać się następnego dnia: "Skoro dla Maryi nie było miejsca to co ja będę się przejmował noclegiem"  18:10. W tej podróży było bardzo podobnie schronienia szukałyśmy za każdym razem dosłownie w ostatniej chwili i nie zawiodłyśmy się. Nie trzeba było spędzać nocy pod chmurką.

Dojazd jednym samochodem do Wrocławia z marynarzem o rzadkim inieniu Gniewko, które siedząca z tyłu Kasia przekręciła najpierw na "Mieszko", a później na "Gnietko" :D był dla nas wielkim zaskoczeniem. 350 km w Polsce na stopa jednym samochochodem osobowym to nieczęsty przypadek. Gra miejska z Warszawskim Duszpasterstwem akademickim Studnia na ulicach Wrocławia nocą. Koncert zespołu Koń w "Od Zmierzchu do Świtu", na który zupełnie przypadkowo natknęłyśmy się idąc z naszymi przyjaciółmi na piwo. Jeśli, którykolwiek z członków zespołu to przeczyta, niech wie, że wróżę im wielką karierę ;). Serdeczne przyjęcie, wieczorne winko, wygodny nocleg i królewskie śniadanie u Kuby.
Najchętniej wszystkich naszych dobroczyńców wymieniłabym z imienia, ale z obawy, że umrzecie z nudy postaram się pisać treściwie.

Pierwszy plan - dotrzeć do Wałbrzycha. Plan się zmienił, bo gdy tylko wysiadłyśmy z podmiejskiego autobusu, którym wydostawałyśmy się z miasta. Nim jeszcze którakolwiek z nas zdążyła wyciągnąć rękę z podniesionym ku górze kciukiem, z deszczu, do swojego auta zgarnął nas Tomek. Zabrał zupełnie w inną stronę niż planowałyśmy. Ale widać, o to właśnie chodziło, żebyśmy sobie za wiele nie planowały, tylko poddały się biegowi zdarzeń i z zaintweresowaniem przyglądały się temu gdzie nas los rzuca. Zdecydowałyśmy, że pierwszym punktem podróży będzie XVII wieczna twierdza w miejscowości Srebrna Góra.

Następnym pojazdem, siedząc na pace na workach cementu dotarłyśmy do jednej z dwóch twierdz w tej miejscowości. Mniejsza z nich, czyli Ostróg, jest w tej chwili w remoncie i choć niedostępna dla zwiedzających, otworzyła przed nami swoją bramę. Z pierwszej ręki miałyśmy możliwość posłuchać o historii miejsca, przejść się korytarzami i dowiedzeić się o planach zagospodarowania tego zabytku.
Poza tym na drugim wzgórzu znajduje się potężna twierdza Donjon, która w czasie wojny wykorzystywana była przez Niemców jako obóz jeniecki, a w czasach gdy powstała, ze wzgledu na na swoją niedostępność była porównywana nawet do Gibraltaru.

Kolejny punkt  podróży to Stoszowice z pięknym Pałacem, który obecnie znajduje się w rękach osoby prywatnej. Nie zastałyśmy nikogo, choć pragnęłyśmy bardzo wprosić się na herbatkę.


Owiesno - położona nieopodal miejscowość z pięknym wielkokrotnie przebudowywanym zamkiem, którego pierwsza wersja powstała już w XIII w. i jest jedną z nielicznych konstrukcji założonych na planie koła. W latach '80 ubiegłego wieku splądrowana i zniszczona przez ówczesne władze, dziś straszy tylko zniszczonymi ścianami, lecz w nocy i tak robi ogromne wrażenie. W Owieśnie przyszło nam szukać noclegu, mając wciąż gorącą herbatę w termosie poszukiwania przebiegały całkiem przyjemnie. Na wstępie zrezygnowałyśmy z agroturystyki, bo skoro już nosimy śpiwór i karimatę na naszych plecach to należałoby je wykorzystać, a nie płacić za nocleg prawie 50 zł.
Pukałyśmy od drzwi do drzwi słysząc standardowe historie: remont, malowanie, "a nie wiadomo co wam syn zrobić może" :P, aż w końcu Pani Sołtysowa udziliła nam noclegu w przedwojennym budynku Straży Pożarnej :D gdzie obecnie urzęduje klub piłkarski. Dziękujemy za pomoc troskę i okazaną serdeczność.

Koleny etap to bezowocne poszukiwanie Tajemniczego Miasta Osówka, które jest tak tajemnicze, że ostatecznie go nie znalazłyśmy, zamek Grodno nad Jeziorem Bystrzyckim i Wałbrzych.
Kazanie na Mszy Świętej, wygłoszone przez ks. Krzysztofa było doskonałym podsumowaniem tych dni pełnych przygód i zaufania w dobre dla nas pomysły Taty. Po bezowocnych poszukiwaniach noclegu we wszelkich miejscach trafiłyśmy do... Straży Pożarnej ;) Tym razem zawodowi strażacy, którzy przyjęli nas z otwartymi ramionami, ugościli czym chata bogata i opowiedzieli o szczegółach swojej pracy, pozwoli nam zajrzeć wszędzie gdzie chciałyśmy, dotknąć wszystkiego, przymierzyć stroje. Zapomniałam tylko jednej ważnej rzeczy. Zapomniałam zrealizować marzenie mojego dzieciństwa, czyli zjechać po strażackiej rurze. Chłopaki wiedzcie, że istnieje ryzyko, że jeszcze wrócę dopełnić dzieła. ;) Wydaje mi się, że nasze przybycie było dla obu stron pozytywnym zaskoczeniem. Nie bez powodu Straż Pożarna w Polsce cieszy się tak wielkim zaufaniem społecznym.


Powrót do Warszawy nie licząc porannej wizyty w zamku Książ trwał 12h ;P.
Trochę się to przeciągnęło, trasa byłą kręta, zaliczyłyśmy nawet mandat na autostradzie.Ogromne wrażenie zrobił na nas pewien młody człowiek, który z niespotykanym entuzjazmem opowiadał o momencie narodzin swego syna. Cud przyjścia pierworodnego na świat, był przez niego opisany z taka miłością, zachwytem i empatią dla żony, która przez 18h porodu znosiła straszne bóle. Człowiek ten, choć w swoim życiu przeżywał różne koleje losu, bo miał już i problemy z narkotykami, z alkoholem i przez społeczeństwo był już spisany na straty, to jednak dojrzał, przejrzał na oczy i z pompą wszedł w kolejny etap-przygodę swego życia - ojcostwo. Powinszować i pozazdrościć takiego męża szczęśliwej wybrance, a temu człowiekowi życzę licznego potomstwa, bo jego dzieci bez względu na sytuację materialną jaką będzie im w stanie zapewnić, z całą pewnością zostaną otoczone wielkimi pokładami miłości i zwykłej prostej życiowej mądrości.

Łącznie od Wrocławia do Książa nakręciłyśmy jakieś 161 km w przeciagu dwóch dni sporo widząc i wiele słuchając od miejscowych.Spowrotem przesiadałaśmy się dużo więcej niż w drodze do Wrocławia, bo zmieniałyśmy samochód 13 razy.