środa, 16 lipca 2014

Życie jak w bajce

A o jakiej bajce dziś mówimy?
A o tej:
Kliknięcie na zdjęcie odsyła was do filmu
Myślę, że te postaci nie są obce, zwłaszcza fanom filmów Disney'a, a do takich należą niemal wszyscy moi znajomi.
A więc muszę przyznać, że żyje nam się jak w bajce:
25:40 - dwie wiewióry gdzie jedna zarzuca drugiej, że zeżarła orzechy - to Maciek i ja zeżerająca czekoladowe masło orzechowe.
34:50 - łosie o poranku - po gimnastyce czas wziąć się do pracy - to my o świcie w Sudbury - aż wstyd się przyznać, ale wstawaliśmy dziś koło 11, ech u was w Polsce była wtedy 17! Mamy tutaj jednak tak wygodne łóżko, gdzie materac mierzy bodajże pół metra grubości, pościel jest świeżutka i mięciutka, temperatura idealna - ani za zimno, ani za gorąco, że wstanie z niego jest naprawdę nie lada wyczynem. Planowaliśmy już czy nie dałoby się zamontować do niego kółek i żagla i jakoś tak podróżować, to byłby chyba najprzyjemniejszy z możliwych środek lokomocji. Łosie w filmie chociaż ćwiczą, a my? Całkiem sporo chodzimy.
43:50 - Koda: Ej! to ty się uparłeś, żeby jechać stopem! (Na mamucie - tego jeszcze nie doświadczaliśmy i chyba nie prędko przyjdzie nam doświadczyć) - jak widać autostop to niemłody wynalazek.

Co poza tym?
Od kilku dni stacjonujemy w Sudbury, a raczej w jego okolicach. W wiosce Naughton mieszka nasz host wraz ze swą rodziną. Ma też siedmiotygodniowego synka i kochaną szaloną suczkę imieniem Maya, która wygląda jakby była przerośniętym szczeniakiem, choć ma już 7 lat i która pochłonęła nasze zapasy batoników na drogę, rozgryzła makaron i wciągnęła gdzieś chyba też kostki rosołowe, no ale cóż, mówi się trudno, aby się psinka od nadmiaru kalorii nie pochorowała. Wszystko jednak wskazuje na jej wszystkożerność.

Phil jest przemiłym człowiekiem, bardzo skorym do pomocy. Jak się okazało wraz ze swoją narzeczoną przez trzy lata pracował jako pielęgniarz na terenie rezerwatu, który znajduje się 400 km na północ od Thunder Bay, do którego nie prowadzi żadna droga, a małym załogowym samolotem leci się jakąś godzinę. Był to obszar odcięty od świata i zaraz świetne doświadczenie zawodowe, uczące ogromnej kreatywności i zaradności. 
Po co się przyjeżdża do Sudbury? 
Pierwszy bardzo prozaiczny powód - znaleźliśmy tu hosta, gdzie mogliśmy chwilę odpocząć i wysuszyć namiot, zrobić pranie i wyspać się trochę.

Tak się rozbija namiot! :P

Drugim powodem może być zwiedzanie, miasto słynie z kilku faktów. Komin, który tu stoi, do czasu zbudowania CN Tower, był najwyższym budynkiem Kanady. Na terenie miasta znajduje się potężna kopalnia Niklu, z którego miasto słynie. Tuż obok kopalni ustawiono największą monetę świata (tak mi się przynajmniej wydaje, wykonaną najprawdopodobniej z Niklu.



I jeśli chodzi o samo miasto to byłoby na tyle. Widzieliśmy wszystko z zewnątrz. Do kopalni nie wchodziliśmy bo ceny w granicach 20-48$ okazały się trochę nieprzystępne. Poza tym, choć z pewnością byłoby to interesujące, nie jest dokładnie związane z tym czym się tu zajmuje, w zasadzie to nie jest nawet luźno z tym związane.
Zaopatrzyłam się w kolejne sprzęty takie jak gaz pieprzowy, torba na wodę (pojemność 2 l i można to zawiesić w plecaku, łatwo się dopasowuje do kształtu i jest podobno wytrzymała, ponadto ma rurkę, którą sobie czepiam do paska plecaka i kiedy mi się zapragnie chlusnąć wody to po prostu pociągam ze smoczka) - wynalazek dość nieskuteczny - pierwsze użycie spowodowało zalanie plecaka, no i sznurek, bo to się zawsze może przydać (dość wytrzymały, o długości 15 m).

Ostatnio doszłam do wniosku, że chyba rzeczywiście moim bratem jest niedźwiedź, bo i ja mam coś z niedźwiedzia. Uwielbiam tutejsze jagody, nie mogę przejść obojętnie obok obklejonych niebieskimi kulkami krzaczków, bez względu na to, czy jestem głodna czy nie, zawsze chętnie się nimi objadam.

Fordzik znaleziony w trakcie spaceru - kocham ten kraj.

Jezioro Simon, jedno z miliarda jezior w Ontario
 Wizyta w samym mieście jakoś nas nie zachwyciła. W trakcie zakupów dopadł nas rzęsisty deszcz, na tyle silny, ze nie chciało nam się iść nawet łapać stopa, a czekaliśmy w McDonaldzie pijąc kawę na jego koniec. Samo miasto jest typowo przemysłowe. Przypomina poniekąd nasz Górny Śląsk, ale jest tu nieco czyściej i jest więcej jezior. Nie zachwyca jednak architekturą, zwłaszcza w dzielnicach przemysłowych, które w bardzo sennej aurze przemierzaliśmy.

Wieczorem przy ognisku poznaliśmy się z przyjacielem i kuzynem Phila - Johnem, który choć pracuje jako górnik z wyglądu i zachowania jest 100%owym cowboy'em. Jest silnie zbudowany, słucha country (wreszcie ktoś kto zna mój ukochany utwór Chicken Fried), a tabakę zażywa wkładając odrobinę pod dolną wargę. Ponadto przyniósł mi dwa świetliki, których zadki błyszczały jak neony, a ja, która po raz pierwszy z czymś takim się zatknęłam, cieszyłam się jak dziecko.

Uznaliśmy jednogłośnie, że kolejny dzień przeznaczymy na wizytę w rezerwacie White Fish Lake First Nations. Wybraliśmy się tam zaraz po naszym śniadanio-obiedzie. Przeszliśmy cały rezerwat. Zauważyliśmy podobnie jak w poprzednich, że kwitnie handel papierosami, bo są one tutaj znacznie tańsze niż w reszcie kraju. Sklep (?) z rękodziełem jest zamknięty na 4 spusty. Funkcjonuje niewielka stacja benzynowa. Na początku zahaczyliśmy jeszcze o cmentarz, żeby zobaczyć jak chowa się tutaj zmarłych. Mnóstwo powyłamywanych krzyży, zarośnięto wo wszystko trawą i owiane aurą tajemniczości. Nad trawami latają niezliczone zastępy ważek, które są tutaj kolosalne. Przy niektórych grobach leżą jakieś zabawki, przy innych wiatraki- mydło i powidło.

Umarł miś


Bardzo praktyczna rada dla wszystkich widzących ów dom.
Już mieliśmy wychodzić ze wsi, gdy zatrzymał się koło nas pewien tęższy, śniady pan, kremowym Chevroletem i zapytał skąd jesteśmy i co robimy w tym miejscu. Powiedzieliśmy mu kilka słów na temat wyprawy i najwyraźniej zaintrygowany tym zabrał nas na wycieczkę po okolicy. Pierwszym punktem było studio Pine Needle Productions, gdzie nagrywa się muzykę i robi też filmy. Wystrój studia jest jednak dość niebanalny. Najbardziej interesującym elementem wydaje się być zawieszone u góry czółno z kory brzozowej wykonane tradycyjną  metodą przez Michaela Naponsę, który jest lokalnym artystą, człowiekie, który chce żyć jak niegdyś żyli jego przodkowie, potrafi miesiącami przetrwać w buszu i któy był włąśnie naszym niespodziewanym przewodnikiem po okolicy.
Mike ma swą siedzibę tuż za wsią, tam niekiedy żyje, kiedy nie pracuje lub nie prowadzi survivalu. Jest to też skład jego dzieł i półfabrykatów do produkcji łodzi, rakiet śnieżnych, rękawic, czapek, bębnów etc. Będąc na zewnątrz czuliśmy, że coś przeraźliwie śmierdzi padliną, gdy go o to zapytałam okazało się, że gdzieś w wodzie nieopodal preparuje on upolowanego łosia na potrzeby kolejnych dzieł.
Skład i dom Michaela.
Kolejnym punktem naszej wycieczki po okolicy była stara część rezerwatu, która już praktycznie nie jest wcale zamieszkała, jest ukryta głębiej w lesie i nie prowadzi tam juz droga asfaltowa, a jedynie żwirowa. W tym miejscu nad White Fish Lake odbywają się corocznie uroczystości Pow Wow, najbliższa jak się okazuje będzie za tydzień. Niestety mnie już tu wtedy nie będzie. Główny budynek placu, kształtem nawiązuje do konstrukcji Wigwamu, jest jednak od niego wiele większy. W tym roku zostanie użyty po raz pierwszy, gdyż jest to młoda konstrukcja.
Wnętrze domu w którym odbywają się ważniejsze części uroczystości Pow Wow, która już za tydzień

A tak wygląda konstrukcja z zewnątrz, miała przypominać poniekąd wigwam.
Mieliśmy okazję przejechać się jeszcze dalej. Zobaczyliśmy miejsce, gdzie znajduje się stary cmentarz, gdzie niegdyś stał kościół. Aż w końcu Mike zabrał nas do domu jego brata, świeżo wybudowanego cottage nad jeziorem Round Lake. Miejsce jest niezwykle urokliwe, spokojne, znajduje się w środku rezerwatu i jest jednym z bodajże dwóch lub trzech domków nad jeziorem. Cały jest drewniany, mnóstwo w nim rzeźb i lokalnych motywów. Poczuliśmy się na prawdę wyróżnieni, gdy zaproszono nas tu jeszcze na wieczornego grilla i wieczór kawalerski. Nie udało się jednak na niego wybrać, gdyż  było to dla nas trochę za daleko na piechotę, a Mike mimo umówionego spotkania nie przyjechał nas odebrać. Najprawdopodobniej musiał się po prostu zająć czwórką swoich uroczych dzieci, więc nie rozpaczaliśmy.
Wnętrze domu brata Michaela. 
Wybraliśmy się tylko na krótki spacer za dom naszego hosta, gdzie znajduje się sielskie miejsce do obserwacji zwierzyny. Bagna na które często przychodzą łosie, połacie jagód gdzie uwielbiają paść się niedźwiedzie. Mieliśmy okazję podziwiać w tym miejscu zachód słońca. A teraz czas najwyższy ruszać w dalszą drogę do Thessalon, gdzie czeka nas kolejny postój. (Angelika)
Bagna za domem naszego hosta.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Into the wild


Umieranie z pragnienia, bycie zeżartym przez kanadyjskie gigamoskity, czy podglądanie niedźwiedzi - takie atrakcje zapewnia Algonquin Provincial Park. Ja polecam, Maciek nie. Komarzyce go kochają, wszystkie myślą, że jest Ryanem Goslingiem i całują go namiętnie w każdą odsłoniętą część ciała, ale cóż, to jest element Kanady, którego można i trzeba było się spodziewać.

Zanim dotarliśmy do Algonquin spędziliśmy bardzo miłe chwile w Peterborough, wszystko to dzięki gościnności naszych hostów, którzy otworzyli przed nami swoje drzwi, którzy podpowiedzieli, co ciekawego możemy zobaczyć w mieście, co się tu aktualnie odbywa i którzy zachęcali mnie do studiowania w Kanadzie, brzmi to interesująco, aczkolwiek, nie wiem na ile to jest do zrealizowania i czy na pewno bym tego chciała. Ich pięcioletnia córeczka, która włada na zmianę angielskim i francuskim od razu podbiła moje serce i świetnie się razem bawiłyśmy, czy to na trampolinie, czy to grając w jej ulubione gry.
The cutest child that I've met in this trip.
 Przyszła wreszcie pora, by opuścić bezpieczną przystań i ruszyć w nieznane, na północ. W dzikość.
Przy opuszczonej stacji benzynowej - zboczywszy trochę z drogi

Nienajlepsza reklama piwa - ale darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda.

Dalsze poszukiwania drzew mebli
 Wiele rzeczy słyszało się o parku Algonquin w tej podróży. Po pierwsze jest to miejsce niebywale piękne, po drugie na porządku dziennym są tu spotkania z łosiami, czy raczej samicami łosia (spotkanie samca nie jest zalecane, zwłaszcza w okresie wiosennym, bo jak się dowiedzieliśmy taki samiec potrafi siłą uderzenia złamać potężną sosną - przynajmniej takie doświadczenia miał jeden z naszych kierowców), niedźwiedziami, czy niedźwiedzicami z małymi (o czym wkrótce sami mieliśmy się przekonać), czy ptactwem wszelkiego rodzaju.
 Algonquin jest niezwykle ciekawy, ale też niezwykle drogi. Kiedy pani przy wejściu na camping poinformowała nas, że zapłacimy za nocleg ponad 80$ to kopara mi opadła - dwa dni, dwie osoby, mały namiocik, bez samochodu - takie są niestety kanadyjskie standardy. Jeszcze, żeby nasza antropopresja była jakaś duża, ale nie. Targowanie nic nie dało, carcamping, nie przewiduje miejsc dla autostopowiczów. Tańszą opcją był nocleg na campingu na szlaku. Do przejścia było 4 km - wtedy płacilibyśmy za noc 23 za dwie osoby. Gdybyśmy weszli z drogi prosto na szlak nie płacilibyśmy nic, ale cóż mądry Polak po szkodzie.
Zostaliśmy tam i tak na dwie noce.
 Idąc na miejsce trochę pobłądziliśmy, bo tutejsze mapy okazały się bardzo nieprecyzyjne i kluczowe drogi nie były na nich zaznaczone. Zbaczając w jedną z takich kluczowych dróg, w oddali dostrzegliśmy jakieś zwierzę. Z początku wydawało nam się, że jest to ryś, albo jakieś inne stworzenie w podobnych rozmiarach. Później jednak gdy stworzonko spojrzało nam w oczy zauważyliśmy, że to mały niedźwiadek, a z krzaków wystawał ogromny zadek jego mamy. Wolałam uniknąć konfrontacji z mamusią, więc odwróciliśmy się na pięcie i najszybciej jak umieliśmy poszliśmy w przeciwną stronę, już chcieliśmy wrócić na carcamping, kiedy spotkaliśmy idącą ku nam grupę z Ottawy. Powiedzieli, że idą dokładnie w to miejsce, w które my chcieliśmy się dostać. Zabraliśmy się więc z nimi, wiadomo, że raźniej jest podróżować w takim miejscu w liczniejszej grupie.
Ta wspólna wycieczka okazała się bardzo pouczająca i obnażyła nasze liche przygotowanie. Obozując w lesie trzeba się zabezpieczyć przed niespodziewanymi gośćmi, których może do nas ściągnąć zapach jedzenia. Przed niedźwiedziami, czy szopami. W tym calu najlepiej jest zawiesić nasz prowiant na drzewie w taki sposób, by żadne stwory o nim nie wiedziały. Warto mieć do tego celu nieprzemakalną sakwę i linę - my oczywiście nie mieliśmy, ani jednego ani drugiego. Warto mieć ze sobą też albo zapas wody w takiej torbie na wodę, albo tabletki do uzdatniania wody. Teraz nauczeni doświadczeniem zaopatrujemy się w tego rodzaju sprzęty.
Ochrona przed komarami - nieskuteczna. 
 Co do ptactwa wszelkiego rodzaju: jednym z najciekawszych okazów na jakie udało nam się trafić była kaczka Loon - nurkująca nawet do 10 minut pod wodę. Nie wiem jak to robi, ale byłam nią oczarowana. Nasz pierwszy kontakt z nią to słuchanie jej nocnych śpiewów. Byłam przekonana, że gdzieś w oddali wyje wilk, ewentualnie czasem myślałam, że to sowa. A tu zonk! Znajomi z Ottawy mówią, że to kaczka. What?! Jak ona tak śpiewa? Kaczka ta jest bardzo nieśmiała i raczej nie zbliża się do ludzi. Tylko dwa razy dotąd udało się sfotografować loon nurkujacą - nie jest to łatwe zadanie.
Loon
Nieruchoma nocą tafla Provoking Lake.

Wschód słońca nad Provoking Lake

Nasz namiocik wśród drzew.

Pierwsze danie gotowane na obozowo z dodatkiem popiołu.

Najlepszy prysznic ever!
 W drodze powrotnej na parking mijaliśmy piękny wodospad - nie mogłam przejść obok niego obojętnie. Byłam wykończona trekingiem w lesie o ogromnej wilgotności i wysokiej temperaturze z dwudziestokilogramowym plecakiem w górę i w dół. Kąpiel po prostu była niezbędna i przywróciła mi siły na resztę dnia. Na parkingu okazało się, że nie uda nam się zatankować butelek, bo nie ma tu żadnego kranu, więc wszyscy kierowcy oddawali nam tam swoje zapasy wody. Kochani Kanadyjczycy!

Wyszliśmy na drogę w środku parku i staliśmy w palącym słońcu ładnych kilkadziesiąt minut, aż w końcu zatrzymał się Fabian. Żołnierz, który dziś pracuje jako elektryk i przyjeżdża do Algonquin fotografować nurkujące loony. Człowiek, którego życiorysem można by wypełnić kolejny post. Zabrał nas do sklepu gdzie kupiłam nieprzemakalna sakwę, powiedział, gdzie możemy kupić pozostałe sprzęty. Zabrał nas na obiad w McDonaldzie, a na koniec ofiarował nam jeszcze zapas tabletek do uzdatniania wody, filtr do wody i torbę do noszenia wody (bo bez wody daleko się nie zajedzie) i zostawił nas na drodze, gdzie dalej mogliśmy stopować w kierunku Sudubry.

Łapanie stopa na autostradzie - jak się okazało - im dalej od Toronto, tym bardziej jest to legalne.
 Kolejnym i ostatnim tego dnia kierowcą był John, który okazał się przemiłym człowiekiem zainteresowanym archeologią, architekturą, geografią i wszystkim z czym tylko dane mu było się zetknąć. Człowiek starej daty, który w swoim aucie ma zawieszone fragmenty z Pisma Świętego, ilekroć widzę coś takiego u kierowców od razu czuję się spokojniejsza. Zawiózł nas pod dom naszego kolejnego hosta w Sudbury, czy raczej na przedmieściach miasta. Phil mieszka tu w uroczym domku wraz ze swą narzeczoną i maleńkim siedmiomiesięcznym synkiem. Udostępnił nam przecudnie wygodne łóżko, gdzie mogliśmy wypocząć po dniach pełnych wrażeń.
Modlitwy w samochodzie trackera Johna, który podrzucił nas do Sudbury.

piątek, 11 lipca 2014

Przerwa w dostawie Internetu

A w czasie tej przerwy naprawdę wiele się działo. Ale zacznijmy od początku.

Opuszczona irokeska wioska
Celem naszej podróży do London była wizyta w rekonstrukcji wioski irokeskiej Ska- nah-doth, która znajduje się jakieś 25 km od miejsca w którym się zatrzymaliśmy. Pożyczyliśmy rowery od naszego hosta Paula. Zanim wyruszyliśmy sprawdził w nich wszystko, co sprawdzić się dało, napompował koła, naoliwił łańcuchy, podokręcał śrubki, a i tak wnosząc po stanie ich zachowania można mniemać, że ostatnio używały ich chyba dinozaury, ewentualnie Pan Bóg tworząc świat przejeżdżał się nimi, żeby obejrzeć swoje dzieło. W każdym razie już pewien czas minął odkąd ktoś ich ostatnio dosiadał. Mimo bardzo obolałej tylnej części ciała i kilku zadrapań dotarliśmy w końcu do celu naszej podróży.
Najpierw chciały nas zeżreć komary, przywykłam do ich towarzystwa, zazwyczaj nie mają do mnie interesu, całą swą uwagę skupiają na Maćku, ale te w Ska-nah-doth były wyjątkowo wyposzczone i dosłownie chciały nas zeżreć. Najwyraźniej rzadko pojawia się tam świeża krew i biedne stworzonka muszą korzystać z każdej okazji by się napić.
Wioska w pewnym sensie nas zawiodła, bowiem nie znaleźliśmy w niej wiernej rekonstrukcji, ani możliwości prześledzenia życia codziennego Irokezów. Ale to widzieliśmy już wczoraj. Tutaj natomiast mieliśmy możliwość zobaczyć jak wygląda opuszczona irokeska wioska. Rekonstrukcja nie była do końca wierna prawdzie historycznej, ale jak wspomniał prof. Engelbrecht źródła pisane bardzo niewiele mówią o wyglądzie tych wiosek, a raczej o sposobie życia miejscowych.
Zresztą nasze "przenikliwe" obserwacje możecie prześledzić na filmie:




Jam session w środku lasu
Przyjaciel naszego hosta - Raymond, zaproponował, że podrzuci nas do granicy miasta, aby było nam łatwiej złapać stopa. Przystaliśmy na to, bo w przeciwnym wypadku musielibyśmy dreptać z naszymi plecakami ładnych parę kilometrów. Ale tak od słowa do słowa i... dowiózł nas do domu kolejnego hosta - do Black Sheep Farm (2h drogi od London) - gdzie spotkaliśmy najgrubszego kota świata, ale cóż, w Kanadzie wszystko jest duże - zaczęliśmy się już przyzwyczajać - jego imię to Ciap-Ciap. okazało się, że Black Sheep Farm to jeszcze nie jest nasz cel, więc włożyliśmy plecaki, płaszcze i poczłapaliśmy jakąś dróżką do lasu, gdzie stoi dom naszych gospodarzy. Dom zbudowany rękami Johna - ojca Mishy (naszego hosta) jest niezwykle przytulny, otacza go las. W lesie na kłodach rosną grzyby - shitaki - których uprawą zajmuje się rodzina. Farmerstwo to nie jedyne zajęcie tych pracowitych ludzi. John jest tez dziennikarzem, pisze też książki o... stodołach, ich architektura na terenie Ameryki Północnej jest przecież dość osobliwa, ma te przedsiębiorstwo, które takie budynki stawia. Jego żona, Liliann, jest artystką - malarką, ale zajmuje się różnego rodzaju sztuką, a także perfekcyjną panią domu. Oprócz Mishy mieszka tam również jego dziewczyna - Britney, która przygotowała nam wszystkim pyszny obiad - makaron z pesto i duszonymi  shitaki. Dom jest też pełen zwierząt, dwa koty, imię jednego z nich to Trouble! (Ola Mazur - kot wprost dla Ciebie:)) A na werandę przylatują kolibry!
Wieczorem zeszli się sąsiedzi i zaczęło się jam session -  świetny czas - śpiewając Katiuszę stałam się rosyjskim native speakerem :P. Zabawa była przednia, atmosfera domowa, mnogość instrumentów mnie zachwyciła.
Britney i Luna (to jest najwyraźniej owa Black Sheep)

Koliberek chłeptający syrop

Odrzutowy lis z filcu


Kolejny dzień to podróż do Owen Sound - tam odwiedziliśmy miejscu o którym dowiedzieliśmy się od Liliann - Native Cultural Resource Centre. Porozmawialiśmy z panią Renee Abram, któa jest dyrektorem tego miejsca, dowiedzieliśmy się nieco o działalności tego miejsca, o okolicznych wydarzeniach kulturalnych. Opowiedzieliśmy nieco o naszej podróży. Przyszliśmy tam zresztą z ogromnymi plecakami, więc ciężko by było o tej podróży nie wspomnieć. Renee na koniec naszego spotkania wcisnęła nam do ręki po maleńkiej paczuszce tabaki, powiedziała przy tym, że jeśli jakiekolwiek kłopoty spotkamy na naszej drodze to możemy to spalić, a unoszący się do góry dym będzie naszą modlitwą do Stwórcy. Bardzo wzruszył mnie ten gest i wyobraziłam sobie sytuacje, gdy będę w jakichś tarapatach ten mały prezent pomoże mi się z nich wydostać.

Autostop bez kciuka
Niech mi ktoś jeszcze powie, że autostop gdzieś nie działa to roześmieję mu się w twarz. Zwłaszcza jeśli ktoś mi to powie o Kanadzie. Kanadyjczycy to chyba najbardziej pomocny i serdeczny naród pod słońcem, czy może raczej mieszanka narodowościowa. Chcieliśmy się dostać do granicy miasta więc wędrowaliśmy z naszym dobytkiem w odpowiednim kierunku. wtem zatrzymało się jedno auto a pan za kierownicą zaproponował, że nas podwiezie w kierunku do którego zmierzaliśmy. Miał być nocleg na dziko, ale w drodze Norm zaproponował nam nocleg w swym cottage. Domek ten stoi na terenie rezerwatu Sageene. Indianie dzierżawią tam ziemię pod budowę i obydwie strony są zadowolone z tego interesu.
Zgodziliśmy się na propozycję i to była jedna z lepszych dotychczas decyzji w naszej podróży. Norm troszczył się o nas jak o własne dzieci, przygotowywaliśmy wspólnie przepyszne posiłki, rano mieliśmy gotowe śniadanie. Domek jest zresztą  uroczy, a w pokoju nad głową wisiała skóra niedźwiedzia. Łóżko i mój śpiwór od Yetiego stanowiły tak fantastyczną konfigurację, że nie sposób było rano wstać, mimo, że dzień zapowiadał się piękny i słoneczny.
Norm użyczył nam swojego wózka golfowego, byśmy pozwiedzali okolicę z kubkiem soku w dłoni, a później swego canoe, którym płynęłam po raz pierwszy.



Piękne przeżycia, możliwość kontaktu z naturą kanadyjską, która jest niezwykle zróżnicowana i wkrada się wszędzie, a także przenikliwy spokój jaki ogarniał nas takiej sytuacji, to uczucia nie do opisania.
Mój nowy image

Piknik w Owen Sound

Podczas wycieczki wózkiem golfowym też znaleźliśmy swój opuszczony autobus.

Świat z perspektywy bobra

Tyle radości!

W Yetim pod niedźwiedziem - niezła konfiguracja
Osobliwe obrazy w chatce Norma.

Podejrzliwy wzrok Lucy pies Norma

Niepozowane zdjęcie na terenie Cape Croker IR

W drodze do Cape Croker Park

Reklama wydziału  na skarpie Niagary

Z widokiem na Georgian's Bay

Z naszym przypadkowo spotkanym, najlepszym pod słońcem hostem - Normem

Wilmer Nadjiwon - rzeźbiarz z plemienia Ojibwa

Badania nad Cape Croker Indian Reserve
Poszukiwanie turystyki o charakterze kulturowym w tym regionie okazało się niełatwe, gdyż cała turystyka skupia się na przyrodzie zdominowanej przez rzeźbę i przez skarpę Niagary. Widoki są tu zjawiskowe. Ale  z samej turystyki kulturowej wiemy tylko, że odbywa się tu Pow Wow w sierpniu i że na terenie Rezerwatu urodził się pewien rzeźbiarz Wilmer Nadjiwon, dziś już 91-letni. Otrzymaliśmy jego adres. Okazało się, że obecnie mieszka w Tobermory (sam północny kraniec półwyspu).Uznaliśmy, że warto byłoby z tym panem porozmawiać i już następnego dnia spakowaliśmy część naszych gratów to jednego plecaka, wzięliśmy namiot, trochę prowiantu i ruszyliśmy. Norm podrzucił nas do miejsca z którego mieliśmy już prosta drogę do Tobermory. Wysiedliśmy, rozejrzeliśmy się dookoła, patrzymy, a tu ktoś struga rzeźbę. Po chwili rozmowy okazało się, że trafiliśmy właśnie na pana Wilimera i gdybyśmy nie zdecydowali się tu na chwilę rozmowy, to w Tobermory pomacalibyśmy tylko klamkę.

Kanadyjska Jura
Plany zmieniły nam się po raz kolejny, gdy z drogi zgarnął nas chłopak, który umówił się ze swoimi kolegami w Parku Narodowym Bruce Penisula na jednonocny kamping. Tym sposobem wjechaliśmy za darmo, znów trochę przypadkiem do Parku Narodowego i znaleźliśmy dzięki gościnności chłopaków z Afganistanu miejsce na rozbicie namiotu. Jak widać szczęście nam dopisuje. Jedyną niedogodnością był ulewny deszcz, który skąpał nasz namiot w nocy, ale okazało się, że jest on całkiem dobry i raczej nieprzemakalny. Nasi Afgańczycy mieli namiot, który nie miał podłogi a ściany składały się z moskitiery, w związku z tym, słyszałam przez sen, jak szybciutko się z nim zwinęli, a o świcie na tej parceli stał tylko nasz maleńki namiocik (podczas gdy wszyscy zabudowują te kamipingi milionem namiotów i zastawiają samochodami, w porównaniu z nimi byliśmy jak pustelnicy).
Zanim jednak poszliśmy spać wybraliśmy się na spacer po okolicy, gdyby było ciut cieplej to ponurkowałabym w jaskiniach, niestety  warunki nie pozwalały choć nie brakowało śmiałków do nurkowania, czy skakania ze skarp. Na jednym z klifów natknęliśmy się na przemiłą parę (chyba nie ma tu ludzi niemiłych) Marty'ego i Richie, którzy poczęstowali nas wiśniami, a dowiedziawszy się o celu podróży zaprosili na kolację i w zasadzie prywatny koncert, bowiem Marty jest muzykiem i gra kanadyjski folk w zespole Miles Fault.



Nazajutrz wróciliśmy do naszego domku w Sauble Beach, spakowaliśmy manatki, wzięliśmy canoe i popłynęliśmy na plażę, aby zażyć orzeźwiającej kąpieli w jeziorze Huron, porzucać się na falę i poudawać topielca. A rano w ulewnym deszczu, który nie opuszczał nas niemal przez cały dzień ruszyliśmy w drogę.
Może jestem trochę roztrzepana

Trampki obieżyświaty.

Kto by chciał popływać? ;)

Wieeelki Żółw z plemienia Delawarów.

Saint Marie among Hurons
Gdy wieczorem dotarliśmy do Midland nie mieliśmy gdzie spać, a więc poszliśmy do kościoła. Martyr's Shrine to główne centrum pielgrzymkowe Ontario. Kościół jest zbudowany w taki sposób, by wnętrze architektonicznie nawiązywało do motywów indiańskich, do domów z kory, czy kształtu canoe. Modliliśmy się tam aż do zamknięcia i wtedy zagadaliśmy pana klucznika, że szukamy noclegu, dzięki uprzejmości księdza znalazło się dla nas miejsce w domu pielgrzyma. Nie ukrywam, że nie mieliśmy najmniejszej ochoty spać w tym deszczu i zimnie w namiocie i nasze prośby zostały wysłuchane. Gdy rano po mszy poszliśmy oddać kluczyk, ksiądz pożyczył nam jeszcze darmowe wejściówki do Saint Marie among Hurons - rekonstrukcji misji Jezuickiej, która znajduje się po drugiej stronie ulicy. W dość ekspresowym tempie zwiedzanie zajęło nam 5h, a z chęcią spędziłabym tam cały dzień. Turystom oferuje się mnóstwo atrakcji, które robią wrażenie, na terenie rezerwatu działają rekonstruktorzy, którzy bardzo wczuwają się w swą rolę.
Indiańska święta

Darmowe wejściówki do skansenu.

Kolęda Huronów i przedstawienie Trzech Króli.

Uczta

Wiśnioki

Dama ze skunksem

Przyodziani w niedźwiedzie skóry

Blodynianka z lisem polarnym

Zadymione wnętrze długiego domu.
Gdy wyszliśmy zrobiło się dość późno, bo prawie 16, a mieliśmy do przejechania jeszcze 170 km!
Żaden problem! Scott, który nas wiózł, miał jechać z nami tylko 40 km a pojechał z nami do celu i jeszcze zaprosił nas na obiad. W samolocie oglądałam film "Yes man" z Jimem Carrey, o tamtej pory staram się przyjmować otwarcie co mi życie oferuje. 
W Peterborough zostaliśmy serdecznie przyjęci przez Myriam i jej męża, a także przeuroczą pięcioletnią córeczkę. 
Jest to miejsce gdzie wreszcie udało nam się zaczerpnąć trochę internetu. 
Podróżowaliśmy dziś do Rezerwatu Hiawatha i do Serpent Mound, tam poznaliśmy się z lokalnymi artystami, a zabrał nas w to miejsce pan imieniem Brian. 77-letni pan rodem z Anglii, który część życia spędził w Australii, służył też niegdyś w Siłach Powietrznych. Podwiózł nas na miejsce i się pożegnaliśmy, a po jakimś czasie, wrócił, tknięty wyrzutami sumienia, że nie postawił nam obiadu?! :P
Jak nie kochać Kanadyjczyków?! Może mają mnie tu za jakąś bardzo uboga istotkę i poniekąd mają rację, ale ta serdeczność jest niebywała. Zastanawiam się, jak można to przedstawić na totemie. Może jakieś podpowiedzi?
Jutro ruszamy na Algonquin Provincial Park, w najbliższym czasie znów będą problemy z zasięgiem.
Śluza dla małych łodzi, Kanada ma bardzo dobrą komunikację rzeczno-jeziorną

Plan dotychczasowej trasy - nie uwzględniający jeszcze Peterborough