piątek, 8 sierpnia 2014

Soul of the land

Badania to jedne aspekt wyjazdu, moje prywatne doświadczenia i poszukiwanie własnej tożsamości to drugi aspekt. 
Otaczam się w swoim życiu bardzo dobrymi ludźmi, pomocnymi, przyjaznymi. Serdecznie kocham moich przyjaciół. Przeważnie obracam się w środowisku chrześcijańskim, co ma też wielkie znaczenie dla kształtu mojej osobowości. Ale odnoszę czasem wrażenie, że to czym żyje współczesny chrześcijański świat nijak się ma do tego o czym mówił Jezus. Wracają czasy faryzeuszy, wiele zła dzieje się na naszych oczach i to w miejscach, które powinny świecić przykładem. Pomijając kwestie monarchów kościelnych, których zachowania czasami są niedopuszczalne, chcę wspomnieć o ludziach, którzy mienią się chrześcijanami, a którzy za nic mają otwartość i pomoc bliźniemu. Którzy czasami wręcz powinni brać przykład z osób niewierzących.
Czy wiecie skąd się wzięła nazwa Cree?  W momencie, gdy Francuzi przybyli na tereny zamieszkiwane przez Indian Cree, zauważyli, że ci poganie, żyją bliżej Boga, nawet niż chrześcijanie, nieustannie dziękują Mu za wszystko co od niego otrzymują. Nie mieli więc prawa, twierdzić, że religia białego człowiek, jest w czymkolwiek lepsza od religii rdzennych mieszkańców tego lądu. A jednak często tak twierdzili. Nazwali ich więc Cree od słowa Chritianity.
Mając szczęście trafić na odpowiednich ludzi w tej podróży, którzy zechcieli mi wyjaśnić, na czym im tak na prawdę zależy.
Czy wiecie, że gdyby First Nations wyodrębnić dziś jako oddzielny naród z kanadyjskiego społeczeństwa to w rankingu zamożności plasowaliby się oni na jakiejś 64 pozycji, zaraz koło Argentyny czy Chile, podczas gdy Kanada zajmuje miejsce w pierwszej 5 już od kilku lat. Czemu się tak dzieje. Jak wyjaśnił mi to Daryl - przewodnik w Wanuskewin Heritage Park, zależy im zupełnie na innych wartościach. Na wzajemnym szacunku, trosce o dobre wychowanie dzieci, na miłości. Kanada jawi mi się jako państwo bardzo przyjazne i pomocne, ale zepsucie wcale nie omija tego kraju. Już od najmłodszych lat dzieci mają kontakt z narkotykami, czy alkoholem. Poniekąd rozumiem więc postawę Twelve Tribes Community, którzy nie chcą wysyłać dzieci do zwykłych szkół (choć to też kwestia dyskusyjna).
U Indian wszystko ma głębokie znaczeni duchowe, każdy przedmiot, zjawisko, wszystko się liczy. W legendach stworzenia świata, które są bardzo żywe po dziś dzień pojawia się Creator, jako stwórca wszystkiego, Matka Ziemia i "dziadkowie", czy duchy pomocnicze: Słońce na wschodzie, Wiatr na południu, Grzmot na zachodzie i Bizon na północy. Cree mówią, że gdy zaczynają mówić w swoim języku zupełnie inaczej postrzegają rzeczywistość. Tłumaczenia na język angielski nie są w stanie oddać przestrzeni w jakiej żyją, co dopiero, kiedy ja próbuję to nieudolnie przetłumaczyć na język polski. Bizon, czy tez Buffalo są więc jednym z bardzo istotnych elementów religii. Był on dany człowiekowi, by go żywić, czy chronić przed zimnem.
Najlepiej prezentuje to Wanuskewin Heritage Park, który był przed wiekami miejscem polowań na bizony. Zanim w Nowym Świecie pojawił się koń, polowanie przebiegało bardzo zmyślnym sposobem. Chłopiec przebrany w skórę bizona, który przeszedł już jej zapachem biegł przodem a wystraszone przez naganiaczy bizony ufnie biegły za nim, aż do stromej skarpy, gdzie kończyły swój żywot. chłopiec-bizon wskakiwał w ostatniej chwili do schronienia tuż przy skarpie, a obdarzone nędznym wzrokiem bizony spadały w przepaść. Z tak upolowanego stada nic się nie marnowało. Skóry służyły na schronienie - na początku ściany całe tipi, później już tylko podłogi, gdy na ściany stosowano płótna. Wykonywano z nich ubrania. Mięso żywiło kilkaset osób przez długie miesiące - konserwowano je dzięki suszeniu. 
Bizony w Wanuskewin HEritage Park

Obraz, który mnie, wszystko ma tu znaczenie

Dolina do której zapędzano całe stada.

Daryl - przewodnik, niezwykle bogata osobowość i człowiek  o ogromnej wiedzy.
Daryl uświadomił mnie jeszcze w jednej ważnej rzeczy. Powiedział, że sam nigdy nie uczestniczy w Pow Wow, bo uważa to za przejaw zdegenerowanej kultury Indian. Nie wiedziałam do końca o co mu chodzi. bo nigdy w  żadnym nie uczestniczyłam, ale już za kilka godzina miałam się przekonać. Powiedział, ze uczestniczy natomiast w uroczystościach, które zasadniczo są dostępne tylko dla rdzennych mieszkańców, ale jeśli ludzie innej rasy chcą w tym uczestniczyć to nie ma przeciwwskazań. Nie są tam jednak mile widziani naukowcy, czy reporterzy, bo ich kultura nie umiera dzięki przekazowi ustnemu i nie życzą sobie, by ktoś tam robił notatki, zdjęcia i traktował ich kult, który dla nich jest bardzo istotny, jako obiekt badań naukowych. Bardzo pragnęłam wybrać się na taką uroczystość, ale widać było, że Daryl nie jest szczególnie chętny do dzielenia się wiedzą, gdzie uroczystość się odbywa. W związku z tym, nie naciskałam, chciałam po prostu usłyszeć od niego jak najwięcej na ten temat.
Leżące na wzgórzach kości bizonów.
Wanuskewin Heritage Park pod względem zabytków nie jest szczególnie zachwycający i pewnie spędziłabym tam max. 2 h oglądając to co jest do obejrzenia: kilka tablic w budynku, galeria współczesnej sztuki indiańskiej, a na zewnątrz widoki na skarpę, zagrody dla buffalo, tipi, w których w środku na ziemi jest plandeka, tipi rings i Medicine Wheels, które są jedyną pozostałością archeologiczną. Tipi rings  to małe kamienne kręgi - gdy stawiano tipi płótno czy skóry przygniatano kamieniami, by go nie podwiewało, gdy przenoszono obozowisko - kamienie zostawały. Sprawa z Medicine Wheels jest nieco bardziej skomplikowana - jak to w archeologii bywa, jeśli nie wiem, jakie było zastosowanie tego miejsca to należy przypuszczać, zę miało ono znaczenie kultowe.  Tak jest też w tym przypadku.
Medicine Wheel
Jak wspomniałam archeologia tego miejsca nie zachwyca, ale za to nie brak tu życia. Interesujący program - prezentacja tańców, film opowiadający o historii miejsca i jego znaczeniu. Ja miałam też przyjemność osobiście porozmawiać z Darylem przez jakaś godzinkę, by jak najwięcej dowiedzieć się o plemionach Cree, o których dotąd miałam bardzo blade pojęcie.
Pokaz tradycyjnych tańców,  publiczność też miała okazje uczestniczyć.
Okazało się ponadto, ze tego samego dnia, nieopodal Saskatoon w Dakota Dunes First Nations odbywa się PowWow. Russell, mój host powiedział od razu: "Jedziemy!" No i pojechaliśmy. Ta feeria barw, ta hipnotyzująca muzyka, ta różnorodność zachwyca. Ale wiem co Daryl miał na myśli mówiąc, że jest to zdegenerowana forma kultury Indian. Całość jest konkursem tańca z wielkimi nagrodami pieniężnymi, w tym przypadku sponsorem było najprawdopodobniej Casino, które jest najważniejszym biznesem w rezerwacie. Daryl wspominał też, że ludzie szykują się, kobiety malują się godzinami, by się jak najlepiej prezentować i rzeczywiście, niektóre makijaże były zdecydowanie przesadzone. Co prawda panie prezentowały się pięknie w swych barwnych strojach, ale czy tylko o to chodzi?
Piękne stroje kobiece na PowWow

Bawole rogi, jako element kostiumu.

Pow Wow - feeria barw

A tego to się nawet trochę bałam.

Stroje tancerzy nieraz zaskakują.

Tipi na tle mrocznego nieba

RCMP once again
Niestety dane mi było uczestniczyć, tylko w pierwszym dniu, a właściwie wieczorze PowWow. Mimo, że jest to poniekąd skomercjalizowana forma kultury, moje ogólne doświadczenia są pozytywne. Było to coś, z czym nigdy wcześniej nie miałam do czynienia. Było to doświadczenie zupełnie różne, niż wszystko co do tej pory widziałam. Doświadczenie niesamowite.
Największa pisanka świata - ukraińska wioska.
Kolejny dzień to podróż do Edmonton. 600 km przejechałam na 5 samochodów w dość szybkim tempie, bez większych przygód. Edmonton przywitało mnie bardzo industrialnymi widokami, korkami, smogiem i potwornym upałem. Kobieta, która mnie wiozła dostarczyła mnie na Ormsby Read East prosto pod dom Łukasz Trębaczkiewicza.
Kto śledzi ten blog od dawna mógł widzieć, że miałam kiedyś przyjemność grać z Łukaszem koncert w klubokawiarni Grawitacja, w ramach Tygodnia Kultury Kanadyjskiej. Zaprzyjaźniliśmy się gdy był w Polsce, bo tutaj są jego korzenie, całe życie natomiast spędził w Kanadzie.
Uwierzcie mi, nie ma nic cudowniejszego niż zobaczyć serdeczną ZNAJOMĄ twarz przyjaciela 7648 km w linii prostej od domu. Muszę tutaj serdecznie podziękować za tak ciepłe przyjęcie Łukaszowi i jego całej rodzinie. Dbają o mnie tak bardzo, że aż nie chce się wyjeżdżać.
Gdy siedzieliśmy nocą w jego pokoju i mogłam posłuchać jak fantastycznie gra na gitarze, czułam się jak w domu, jak wtedy, gdy przychodził do naszego Domu Otwartego w Warszawie przy Rakowcu, by wspólnie pomuzykować. DZIĘKUJĘ :*
Kwaśne miny po papryczce.

Jak w domu :)
Każdego dnia nie brak nam tu atrakcji. "Spacer" na jaki się wybraliśmy okazał się być prawdziwym survivalem, a zwieńczyliśmy go pływaniem w rzece, no i tarzaniem się w błotku. :)
Żeremia bobrze

Uważaj złotko, włazisz w błotko.
Wieczorem zobaczyłam to, z czego słynie Edmonton. Jedno z największych Centrów Handlowych na świecie - West Edmonton Mall. Zaznaczę na wstępie, że nienawidzę centrów handlowych. Było to jedynie miejsce spotkania z Anią Strug - korespondentką Radia Polonijnego Edmonton, która  już pół roku temu nawiązała ze mną kontakt, zainteresowana pomysłem wyprawy. Ania też nie jest miłośniczką takich miejsc, więc tylko szybki spacer, by zobaczyć to co tutaj najważniejsze i uciekamy na zewnątrz w jakieś mniej gwarne miejsce. Okazało się, że w tej filigranowej osóbce leżą ogromne pokłady pozytywnej energii i talentu. Ania zaprosiła nas do siebie na wino. Miałam okazję zobaczyć cuda jakie można robić w skórze (chodzi o skórę krowy, a nie o tatuaże :P). W tej niezwykle sympatycznej atmosferze, śmiejąc się do rozpuku spędziliśmy we czwórkę bardzo miły polski wieczór. Trochę mi tego brakowało. Po wyjeździe z Edmonton, znów będę musiała przyzwyczajać się do mówienia po angielsku, bo tutaj praktycznie wcale tego języka nie używam. Ale spokojnie mam jeszcze prawie dwa miesiące, by się nim nacieszyć.
Taką im robię reklamę.

Statek w centrum handlowym  :O

Taki talent kryje się za pięknym głosem w Radio Polonijnym Edmonton.
Następny wieczór to koncerty na Folk Festival, na który Łukasz załatwił nam bilety. Przypadł mi do gustu zwłaszcza solistka pochodząca z Irlandii Imelda May. Przezabawna i obdarzona świetnym mocnym głosem idealnym do grania Rock&Rolla.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Jeziora prerii

Tak, tak... na preriach są jeziora, w sumie jest ich nawet więcej niż w tamtym roku, bo wiosenne roztopy i obfite powodzie zrobiły swoje. W niektórych miejscach stoi woda głęboka nawet na metr, mimo, że słonko świeci od dawna. Rolnicy nie są wniebowzięci, ale już taka jest natura - nieubłagana.Ale nie o tych jeziorach chciałam mówić. Co się więc ze mną działo od kiedy opuściłam camping? Już spieszę z wyjaśnieniami.

Czas się zwijać
Pojechałam na camping, by trochę odpocząć od ludzi, od rozmów, wiem, że brzmi to absurdalnie, gdy mówi to taka gaduła jak ja, ale uwierzcie autostop jest cudowny, ale wymaga zaangażowania - wielu rozmów z ludźmi, przez cały czas podróży. Wiadomo, są i tacy z którymi przyjemnie jest pomilczeć, są tacy z którymi się milczy, choć wcale nie jest to przyjemne. Co człowiek, to historia. "Dużo człowieków = dużo historiów" :P
Ale chciałam trochę odpocząć od niekończących się rozmów. Camping nie był ku temu dobrym miejscem, bo otaczały mnie setki ludzi w camperach, w busach, pickapach z przyczepami, gigantycznych namiotach, przy których moje maleństwo wyglądało wprost żałośnie. Zdecydowałam, że w nosie mam co o mnie pomyślą - nie rozmawiam z nikim przez te dwa dni. Moi sąsiedzi mieli mnie pewnie za bufona - trudno.
Opuściłam więc to miejsce bez żalu, jakoś mnie nie zachwyciło -  to nie było coś czego szukałam.
Pierwszą, która zgarnęła mnie z drogi była Marny - miła pani, która od kilkunastu lat zajmuje się szkoleniem policji miejskiej w Calgary. Powiedziała mi o pewnej społeczności, która zamieszkuje te okolice. Są to Huteryci - odłam chrześciajan, który jest całkowicie pacyfistyczny i stara się być samowystarczalny. Podejrzewam, ze nie odcinają się jednak od cywilizacji, bowiem kilkoro z nich przewinęło mi się przed oczami w Tim Horton's (tutejszym najpopularniejszym fast foodzie).
Zrobiłam sobie długą przerwę w Swift Current - mieście, które już troszkę znałam - bowiem tu właśnie nocowałam w hotelu za ponad 100$. Przerwa na internet, kontakt z Polską, zakupy i dalej w drogę.

Statki prerii
Wiedziałam, że nie mogę dojechać tego dnia do Saskatoon, bo mój host wyjechał na weekend. Co tu zrobić? Co tu zrobić? Dobra! Zatrzymam się w jakieś miejscowości po drodze, popytam, rozbije namiot i rano ruszę do największego miasta prowincji. Z takim oto niezbyt wybitnym planem, wyciągnęłam rękę i uśmiechem obdarzałam mijających mnie kierowców. Już nie pierwszy raz zdarzyło się, że ktoś mnie minął, zreflektował się: "Nooo, chyba nie jest mordercą, ani gwałcicielem - może ją podrzucę" i zawrócił. Tym razem był to całkiem okazały Jeep. A za kierownicą Jeff. Gadka-szmatka, gdzie jadę, co robię, gdzie dziś się zatrzymuje, czy jadłam coś dzisiaj (czy ja na prawdę tak bidnie wyglądam???)  i kolejna propozycja: "Mam łódź na jeziorze (czy raczej rzece) Saskatchewan - jeśli nie masz gdzie dziś spać, to powinno się tam znaleźć trochę miejsca". Słuchajcie: bajka!
Pomyślałam - hmm łódź - pewnie najwyżej jakaś ciasna żaglówka i znając życie będę spała na zewnątrz na pokładzie. Ma być impreza, mają przyjść koledzy i uff... też jakieś koleżanki. Ale dobra, wchodzę w to.
No cóż, nie pierwszy raz rzeczywistość mnie zaskoczyła. Ta Kanada to jakieś jedno wielkie pasmo niespodzianek. Łódź okazała się wielka, z w pełni wyposażoną w jedzenie i wszelkie trunki kuchnią (mniami:)), z łazienką dwoma sypialniami, na dachu-tarasie też były kanapy, znalazła się też zjeżdżalnia - prosto za burtę. Ooooh! Miodzio! Wieczorem grill, zapoznanie się z kolejnymi interesującymi ludźmi. W porcie, właściciele łodzi to przede wszystkim osoby zatrudnione w przemyśle związanym z wydobyciem i przetwórstwem ropy jak też rolnicy, których pola przeważnie są roponośne.
Kiedy słucham jak mądrze zorganizowane jest kanadyjskie prawo, gdzie wszystko co znajdziesz na swojej ziemi jest twoją własnością, gdzie państwo "nie wsadza nosa w nie swoje sprawy" i nie pragnie za wszelką cenę ograniczyć twojej wolności, kiedy porównuje to z naszym kochanym krajem, to nóż mi się w kieszeni otwiera, a konkretnie to nawet dwa noże. Nikt, nie stara się sterować gospodarką. Rząd pozwala jej rozwijać się własnym tempem. Saskatchewan to prowincja o najmniejszym bezrobociu. Jeśli nie pracujesz - nikt cię tu nie szanuje, bo o pracę tutaj nie trudno - jeśli tylko się chce pracować.
Cowboy'e zawsze mi się kojarzyli z silnymi mężczyznami, którzy łapią krowy na lasso, chodzą w kowbojskich butach, jeansach, koszulach w kratę i kapeluszach, stukając ostrogami, ewentualnie jeżdżą konno lub pickupem przy akompaniamencie muzyki country. Wszystko w tym wizerunku z mojej wyobraźni jest prawdą. Są to ludzie, którzy są bardzo silni, których życie niesamowicie doświadcza, bo zimy tu są bardzo surowe i trzeba wiele pokory i siły, by je przetrwać.
Jeff, mój kolejny dobroczyńca nie jest cowboyem, a co ciekawe pracuje dla przedsiębiorstwa Black Diamond, czyli tej samej firmy dla której pracuje Elfie (patrz poprzedni wpis) firma jest zamożna - praca nie jest lekka, ale bardzo intratna i warunki jakie zapewnia pracownikom są bardzo korzystne.

Nowoczesna drakkara. Malowanie ma nawiązywać do sag wikingów, Jeff bowiem pochodzi z Norwegii.

Piękny piesek imieniem Ceylon.


Wędrując między kaktusami
Spędziłam na łodzi świetny czas, uznałam że zostanę jeszcze trochę kolejnego dnia by wybrać się na trekking w tymże parku prowincjonalnym. Przekroczyłam więc rzekę-jezioro, popływałam w bajecznie odświeżającej wodzie i poszłam żwawym krokiem w jeszcze mokrych ciuchach, bo uznałam że wszystko wyschnie na mnie - więc tylko wciągnęłam szorty na strój kąpielowy, zarzuciłam szal w jelenie na plecy i ramiona i powędrowałam na najwyższe widoczne w okolicy wzgórze. Najwyższe, nie znaczy wysokie. Ale przy tej temperaturze, w bezdrzewnym terenie, wędrując pomiędzy kaktusami, łatwo się zmęczyć. Będąc na szczycie czułam lekkie zawroty głowy, ale ciepełko robi swoje.  Dbam jednak o siebie, nie spaliłam się za bardzo, unikam sytuacji tego typu, bo nie mają tu kefirków w sklepie. Po powrocie na statek kolejna kąpiel, pakowanie i znów w drogę.




RCMP
To kanadyjska policja. Do tej pory za wiele nie miałam tu do czynienia z policją. A tej niedzieli proszę bardzo - pierwszy samochód to radiowóz. Stałam sobie spokojnie przy tej drodze pośrodku niczego, kiedy z przeciwka nadjechał radiowóz na sygnale, zatrzymał jakiś pojazd tuż koło mnie, prawdopodobnie wlepili mu mandat, nie wnikałam. Kiedy tamten odjechał panowie policjanci zawrócili i podjechali do mnie. Zaczęliśmy sobie kulturalnie rozmawiać. Dla pewności zapytałam, czy podróżowanie na stopa w tej prowincji aby na pewno jest legalne. Okazało się że, prawo tego nie zabrania. Panowie jednak drążyli temat, ja tak podchodziłam do sprawy trochę nieufnie, bo już kiedyś zarobiłam mandat za autostop w Polsce, wolałaby nie powielać tego błędu.
Obydwaj panowie Scott i Tim bardzo zainteresowali się moją historią. Poruszała ona zwłaszcza Scotta, bo ma córkę w podobnym wieku i nie wyobraża sobie puścić jej w autostopową samotną podróż na drugi koniec globu. Okazali się na tyle opiekuńczy, że podwieźli mnie do najbliższego miasta, dali swoje wizytówki i kazali dzwonić w razie jakichkolwiek problemów, a także napisać maila gdy już bezpiecznie wrócę do domu. Chcieli ponadto bym zadzwoniła z komisariatu do rodziców (w Polsce była jednak 4 rano, więc postanowiłam z tym zaczekać), ale nie wiem czy to tak dobrze: "Mamo, tato, dzwonię o was z kanadyjskiego komisariatu". Uznałam, że zaczekam z tym newsem kilka godzin.
Później z łatwością dostałam się do Saskatoon, gdzie mój host już na mnie czekał.

Western Development Museum 
Jakiś ogromny budynek -  ni to hangar ni to stodoła, a to muzeum. Powiedziałabym, że to muzeum rolnictwa, bo z uwagi na charakter regionu wszystko się wokół tego kręciło. Na początku bardzo się zawiodłam. Pierwsza wystawa to zrekonstruowana dziewiętnastowieczna ulica z całym wyposażeniem w budynkach użyteczności publicznej, mówiąc szczerze - trochę lipna i strasznie plastikowa. Za dużo plastiku za mało informacji. Nic z tej wystawy nie wyniosłam.
Później zaczynają się młodsze wystawy o pociągach o rolnictwie na przełomie lat, o pojazdach z tego obszaru i to już zaczyna być fascynujące i wnosi coś do wiedzy widza. Jest tam co nieco na temat First Nations, ale są to jakieś szczątkowe informacje, które wiele nam nie mówią.
Czego ja się dowiedziałam w tym muzeum?
Uświadomiłam sobie jak wyglądała emigracja pierwszych osadników Kanady w te tereny, jak trudny był ich start gdy mieszkali tu w brudnych półziemiankach, które lepiej zabezpieczały przed chłodem niż zwykłe chaty, które ściany miały uszczelniane gliną z sianem i innymi spoiwami tego typu. Przyjechać tu oswoić prerię, przyzwyczaić się do surowych warunków do odległości, wybudować wszystko od zera, przegonić Indian z tych ziemi. Takie zabiegi podejmowano, by uzyskać dzisiejszy kształt tego lądu. Absolutnie nie obwiniam tu prywatnych osób, którym zależało po prostu na szczęściu rodziny z dala od wojen. Na początku nie było łatwo, lata trzydzieste, które w Polsce były złotym wiekiem rozkwitu - na preriach przyniosły katastrofę ekologiczną. Wszytko wyschło na wiór, nie było czego uprawiać, a uprawy nie miały sensu, bo pierwsza lepsza burza piaskowa, zwiewała wszystko. Trwało to przez kilka lat na obszarach Manitoby, Saskatchewan i Alberty. Piach, kurz wdzierał się do domów wszystkimi otworami, ludzie podczas upałów zawieszali w oknach szczelnie mokre szmaty, wiele osób zmarło z wycieńczenia, czy przez pylicę. Aż ciężko sobie wyobrazić, życie w takich warunkach. Jednak osadnicy nie opuścili swoich siedzib, przetrwali lata kryzysu i z nowym zapałem, choc zmęczeni doświadczeniami, wzięli się do budowania potęgi tego regionu.
Dobrym podsumowaniem tego preriowego posta będzie taki oto cytat:

"Gdyby życie nie gryzło, umierałbyś z nudów. Daj się kąsać i sam też wgryzaj się w świat, aż do połamania zębów. Oto sekret dobrego życia nie tylko na prerii. (...) Oczywiście można też całe życie unikać kłopotów, uciekać, uchylać się, zabezpieczać, nie wchodzić w konflikty, można, owszem, można całe życie być tchórzem... tylko co to za życie? Życie powinno zawierać przeżycia: przeżyłem to, przeżyłem tamto, myślałem, że nie przeżyję, ale jakoś dałem radę." ;-)))))
Wojciech Cejrowski, Wyspa na prerii


Można sobie w muzeum zrobić takie oto zdjęcie.

Rusell wygląda jakby planował napad na ten bank.

Mój piękny Plymonth Fury, rocznik '60

I do tego jeszcze Buick - czułam się jak w książce Stephena Kinga

sobota, 2 sierpnia 2014

Saskatchestan

Jeśli ktoś wam kiedyś powie: "Na preriach nie ma nic ciekawego do zobaczenia, najpuściejsza część Kanady i wszędzie płasko" to powiedzcie mu: "Cmoknij się, pozwól, że sam sprawdzę"
Ja właśnie sprawdzam i absolutnie nie zgadzam się z tym, że prerie są nudne. Ja się w nich zakochałam, ta przestrzeń ta rozmaitość form, doliny przecinające teren, wszelkiej maści uprawy, opuszczone farmy i wiele innych atrakcji, to niosą ze sobą prerie. Ale zaraz, zaraz, znów się zagalopowałam. Gdzie to ja skończyłam. Na campingu z Diego?
Powrót do stolicy Manitoby przyniósł kolejną niespodziankę. Pamiętacie może jak pisałam o Gordonie, który podwoził mnie na trasie do Winnipegu? Spotkałam go w mieście. Jak to się stało? Nie wiem. Wracałam właśnie do moich Dwunastu Plemion, przechodziłam obok jakichś ogródków, gdy zobaczyłam idącego w moją stronę Gordona z gitarą i uśmiechem na twarzy. Daję słowo, nie mogłam uwierzyć własnym oczom. On zaś nie wyglądał na zaskoczonego, szedł w moją stronę jakbyśmy się własnie tu i teraz umówili. Wydało mi się to na tyle dziwne, aż uznałam, że to musi być jakoś ukartowane i pewnie jest szamanem, albo ma jakieś chody na górze.
Najpierw pograł mi na gitarze, a później zaprosił do siebie. Gordon jest artystą maluje i rzeźbi, wyrabia flety o niebywałym brzmieniu. Jest człowiekiem o wielu talentach. Rozmawialiśmy przez długi czas, można powiedzieć, że w pewien sposób się zaprzyjaźniliśmy.

Gordon grający na gitarze

Klimat przy szkicowaniu mnie (czaszka niedźwiedzia na stole). Gordon miał zestaw ołówków, który nazywał się Painting Dragons, akurat do rysowania mojego portretu.

Osobliwe murale Winnipegu. Fortepian przechodzący w morskie fale.
 Umówiłam się z Gordonem jeszcze na kolejny dzień. Na spotkanie się jednak nie stawiłam, choć chciałam. Wynikła jednak kolejna osobliwa sytuacja. Poszłam do polskiego kościoła na Mszę Św. później zaś wracałam na piechotkę wypatrując jakiegoś miejsca, gdzie mogłabym złapać Wifi i z skontaktować się z Polską. Gdy przechodziłam koło jakiegoś parkingu, ktoś mnie zawołał i chciał zapytać o drogę do jakiejś latynoskiej restauracji. Karnacja wskazywała, że pytający sam jest Latynosem. Powiedziałam jednak zgodnie z prawdą, że nie mam pojęcia gdzie może ja znaleźć, bo jestem nietutejsza i w zasadzie jestem tu drugi i ostatni dzień.  Zalał mnie potokiem słów, ale wynikła bardzo przyjemna spontaniczna rozmowa. Najpierw powiedział, że jest w Winnipegu służbowo i wcale mu się to miasto nie podoba i nie chce spędzać sam niedzieli i czy może nie miałabym ochoty wybrać się z nim na obiad. On stawia, gdziekolwiek sobie zażyczę. On dowiedział się o celu mojej podróży, po czym opowiedział o swojej wyprawie życia, gdy był jeszcze małym gnojkiem. Diego (kolejny już na mojej drodze) jest Kolumbijczykiem i mając 17 lat wziął swój plecak i ruszył w drogę z Kolumbii do Meksyku na piechotę. Kawał drogi, mnóstwo niebezpiecznych miejsc i osób. Guerilla, kartele narkotykowe. Trzeba przyznać, że był bardzo zuchwały i odważny decydując się na taki krok. Granice przekraczał nielegalnie i gdy zatrzymano, go w Meksyku i zauważono brak odpowiednich stempli w paszporcie trafił do więzienia. Był jednak wciąż nieletni więc po prostu deportowano go pierwszym samolotem.
Uznałam, że obiad z tym ciekawym człowiekiem  może być interesujący. Uznałam, ze poświęcę mu jakąś godzinkę, max dwie. Spędziliśmy jednak razem całe popołudnie. Nie ma dla mnie wielkiego znaczenia, że oświadczał mi się kilkakrotnie, to pewnie element jego latynoskiego temperamentu. Diego już od 14 lat mieszka w Kanadzie, jest architektem w Toronto. Nie mam wyrzutów sumienia, gdy ktoś za mnie płaci, jeśli oświadcza, ze firma w której pracuje pokrywa wszelkie koszty.
Kolejny Diego na mojej trasie

To mi się spodobało szczególnie
Kolejny dzień to rozstanie z Twelve Tribes. Zjawiłam się trochę spóźniona na poranną modlitwę, ale chciałam skończyć prezent dla nich. Narysowałam widok z Karkonoszy, żeby przypominał im, że gościli, kiedyś taką dziewczynę z Polski i jednego chłopczyka z ich wielkiej rodziny, któremu zrobiłam urocze zdjęcie. Słowo, które rano rozważali tyczyło się gościnności. Ośmieliłam się zatem podzielić się z nimi swoimi wrażeniami. Rozpłakałam się tam ze wzruszenia. Moje słowa poruszyły jakąś strunę w sercu jednego z braci, któremu przypomniała się jego historia. Podzielił się nią ze wszystkimi i po chwili też miał łzy w oczach. Poprosiłam ich jeszcze o wspólne zdjęcie. Zaopatrzyli mnie na drogę w owoce i ciasto, a także pyszną Yerba Mate, którą sobie teraz codziennie popijam. Diego zaproponował, że rano podwiezie mnie gdzie trzeba. Więc gdy tylko skończyłam się pakować, już czekał pod domem. Jemu również dali herbatę i przywitali go z właściwą sobie gościnnością.
Nie chciał mnie puszczać w tę drogę, ale już takie to życie jest, że poznajemy kogoś i przychodzi taki czas, że trzeba się rozstać. Ważne tylko, żeby nie zamykać się na ludzi. Diego powiedział mi bardzo piękne zdanie. Zauważył, że sam doświadczył w życiu wiele dobra. Dziś stara się spłacać ten dług. Powiedział, że prawdopodobnie dlatego tak dobrze mu się wiedzie, aby mógł pomagać innym. Bóg mu błogosławi. To było piękne i zostanie w mojej pamięci na długo.
Wspólne zdjęcie z częścią wielkiej rodziny.
 Oczywiście nie czekałam długo na transport. Już po kilku minutach jechał z pewnym żołnierzem drogą nr 16, czyli drogą do Saskatoon, bo on akurat zmierzał w  tę stronę. Pomyślałam, że wysiądę w Dafoe i skoczę sobie do Poorman Indian Reserve, który jest już nieopodal. Nie przewidziałam jednak, że dotrę tam około 16. Nie jest to czas na wycieczki do rezerwatu, do którego prowadzi tylko szutrowa droga. Ruszyłam więc dalej do Regina. Łapiąc stopa w tym miejscu, gdzie nie było nawet żadnej miejscowości, tylko rozwidlenie dróg czułam, ze jestem teraz w środku czegoś przeogromnego, że to nie jest kraj jak wiele innych. Że nie dotrę tu nigdzie na piechotę, bo musiałabym wędrować miesiącami. Moje rozmyślenia przerwał kolejny kierowca. Justin - trucker. Mój plecak jechał więc przyczepiony do wielkiej lawety ciężarówki. Gdy tylko się zatrzymał, jak spod ziemi pojawiła się policja. Wcześniej w ogóle nie było tam ruchu, a oni nie mieli się gdzie ukryć, bo nie było tam drzew. Nie mieli jednak pretensji o autostop, a jedynie o nieprzepisowe zatrzymanie. Ruszyliśmy. Jechaliśmy razem tylko 150 km, a szkoda. Bo uśmiałam się, aż mnie bolał brzuch. Justin ma zaledwie 27 lat, a dwa lata swego życia spędził mieszkając w Nowej Zelandii. Jako kierowca ciężarówki nie mógł mnie wozić nigdzie po mieście, bo w samochodzie jest zamontowany GPS, ale właśnie kończył pracę, więc pojechał tylko po swój samochód, a ja zaczekałam pół godzinki w McDonaldzie.
Widoki z prerii

Jestem pewna, że mój Anioł Stróż jest sportowcem.

Pola rzepaku.
 Z Justinem dojechałam do domu mojego hosta przy 14 Alei. Nicolas co prawda zapomniał, że ma gościa, ale na szczęście był w mieszkaniu. Mieszkano ma niewielkie, trochę zabałaganione, ale czułam się u niego bardzo swobodnie. Okazało się, że pracuje w organizacji, która pomaga tutaj rdzennej ludności i stara się ją jakoś aktywizować, zawodowo.Długo rozmawialiśmy na temat Indian. Jakieś pół nocy, nim zasnęliśmy.
Nazajutrz wybrałam się do położonego zaledwie dwie przecznice dalej Royal Sakatchewan Museum. Pozytywne zaskoczenie - wstęp jest bezpłatny, a muzeum fantastyczne. Ciekawe porywające i można tam spędzić ładnych kilka godzin. Pewnie siedziałabym tam dłużej gdybym na pierwszą nie była umówiona w pracy Nicka z Shoan - kobietą z plemienia Cree, która prowadzi tam warsztaty w rękodzieła. Miałam okazję w nich uczestniczyć, co było dla mnie czystą przyjemnością. Wykonałam swój własny zegar ścienny ze skóry, na którym namalowałam orła. Wymagało to trochę pracy, ale efekt był satysfakcjonujący.
Wilczki w Royal Saskatchewan Museum

Niezwykle udane rekonstrukcje z muzeum w Regina

Antylopy, których całe stada spotkałam później na preriach.

Galeria dotycząca First Nations

Śliczne dzieciaki, które nie przestawały krzyczeć przy pracy, ale bardzo chętnie pozowały do zdjęć.


Shaon przymierzająca elementy stroju do tańca PowWow. W życiu bym nie powiedziała, że ta piękna kobieta, wyglądająca na maksymalnie 30 lat jest już babcią. 
 Miałam też niebywałą okazją zobaczyć jak wyglądają tradycyjne kobiece stroje do tańca PowWow. Dowiedziałam się, zę kobiety mają trzy rodzaje tańca: Jingle, Traditional i Fancy. Mężczyźni zaś 4 rodzaje: Traditional, Fancy, Chicken i Grass Dance. Więcej informacji mam nadzieję znaleźć już osobiście na jakimś PowWow. Choć w tej podróży nie mam szczęścia by na jakiś trafić.
Mary ubrana w tradycyjny kobiecy strój do tańca. Brak tylko mokasynów

Zegar, który udało mi się wykonać podczas warsztatów.
 Moim kolejnym celem były miejsca położone w obszarze Big Muddy Valley o których dowiedziałam się od Nicka, ale o których wiedziałam też wcześniej, bo przypominam siebie referat na archeologii dotyczący kamiennych kształtów z obszaru prowincji Saskatchewan i stanu Montana, który przygotowywałam na drugim lub trzecim roku studiów. Zaczęłam więc łapać stopa po wydostaniu się z miasta.
Pierwszy był mężczyzna, który 20 lat swego życia spędził w Arktyce, ucząc Inuitów nauk ścisłych. Sam zaś nauczył się przetrwania w ekstremalnych warunkach. Polowania na foki i wieloryby. Zdarzało mu się sypiać w namiocie na śniegu, gdzie wszędzie wkoło kręciły się niedźwiedzie polarne. Lubimy takie historie, nie?
.
I znów na preriach
 Kolejny człowiek to Elfie. Miałam z nim przejechać zaledwie kilka kilometrów, by z Odema dotrzeć do drogi nr 34. Zmieniłam jednak plany, gdy okazało się, że zmierza w stronę Cypress Hills. Miejsca o którym słyszałam wiele dobrego. Są to góry prerii. Zaproponował, że podwiezie mnie do Eastend, miejsca gdzie znajduje się świetne muzeum dinozaurów. Bowiem tereny te są Mekką paleontologów. W samym muzeum znajduje się kompletny szkielet Tyranozaura i czaszka Triceratopsa, znajdziemy tam również wiele mniejszych skamielin, co ciekawe, wszystkiego można dotknąć. Przez szybę możemy też zobaczyć laboratorium paleontologiczne.
Mój dobroczyńca w T.Rex Centre w Eastend
 Po wizycie w muzeum mieliśmy się już rozstać, ale Elfie widząc jak jest gorąco i że zbierają się na horyzoncie chmury burzowe, zaproponował, żebym przenocowała w hotelu. Hmm... trochę nie bardzo mnie na to stać - pomyślałam - "Firma za wszystko płaci" - dodał - "Wynajmę Ci oddzielny pokój". Widać było, że przejął się moim tułaczym losem. Zgodziłam się, w sumie była to propozycja nie do odrzucenia. Powiedział, ze następnego dnia podwiezie mnie do Cypress Hills. Musieliśmy się jeszcze przejechać na platformę wiertniczą firmy Black Diamond dla której pracuje, bo miał służbowe sprawy do załatwienia, a później pojechaliśmy do Swift Current do hotelu. Okazało się, że nie ma już wolnych pokoju, ale w jego pokoju są dwa wielgachne łóżka. Zapaliła mi się w głowie lampka, ale już nie było odwrotu. Elfie okazał się jednak fantastycznym człowiekiem, który potraktował mnie jak córkę. Wspomniał zresztą, ze chciałby, aby jego syn spotkał taką dziewczynę jak ja. ;)

Czy wiesz, że...
Rolnicy mający na swoich polach małe z pozoru platformy wiertnicze, które wyglądają jak młoty giganty, a nazywają się Pump Jack, mają z takiego urządzenia miesięczny dochód 70 tys. $. Chyba czas się tu zapoznać z jakimś farmerem. :P
Tak się tu zarabia.

Mój plecak skończył jako wielka kula kurzu.

Platforma wiertnicza firmy Black Diamond

Unoszące się nad prerią burzowe chmury.

Wygodne łóżeczko w hotelu 
Kolejne dni to camping na terenie Parku Cypruss Hills. Trochę leniwy czas, taki mały survival nadszedł czas by pozjadać trochę tego balastu, który noszę w plecaku. Pierwsze użycie namiotu, który okazuje się być bardzo wygodny dla jednej osoby. nie wiem jak z wodoodpornością, ale moskitiera jest daleko od tropiku, więc powinno być dobrze. Po południu wybrałam się tu na punkty widokowe. Tylko na to czekałam - widok z góry na prerie był bajeczny. Czułam się jak Król Lew stojący na skale. Bomba. Z drugiej strony szła już burza (ale nie doszła), więc widoki były obłędne i robiły kolosalne wrażenie. Do wspomnianego miejsca szłam ponad 5 km przez "Teksas"- krainę, gdzie swobodnie pasły się krowy i ... byki, jak się później okazało. Krowy były przerażone widokiem czegoś dwunogiego (a nie czterokołowego) i wszczynały alarm kiedy je mijałam. Chowały się w lesie. Czarne krowy biegające po ciemnym lesie wyglądają jak niedźwiedzie. Słyszałam jednak, ze w tym regionie nie ma niedźwiedzi. Zdarzają się cougary i wilki, jak się dowiedziałam od myśliwych z którymi później wracałam. W drodze powrotnej widziałam tez wielką sowę. Pytałam wiec panów jak się zachować w przypadku spotkania, któregokolwiek ze wspomnianych zwierząt. Powiedzieli, że zachowywać się głośno i wyglądać na dużego. To da się zrobić, bo śpiewałam przez całą drogę, a jak rozłożę chustę wyglądam jak wielki ptak. W drodze powrotnej widzieliśmy też idącego po drodze byka - miałam szczęście nie spotkać go wcześniej, bo prawdopodobnie jest mniej przyjazny niż krowy, czy czy cielęta.
Jeśli się wpatrzycie, to na wzgórzu dostrzeżecie napis Eastend.

Moje maleństwo, wyglądało biednie przy wielkich camperach.

Najładniejszy szczurek świata.

Samowyzwalacz daje radę ;).

Trampki ponad preriami.

Droga w Cypruss Hills.

Kilka widoczków specjalnie dla Pagórki. :*

A z tyłu już nadchodziła burza.

Mimo zjawiskowych chmur i piorunów do mnie nie dotarła.

W moim magicznym domu, w świetle najlepszej latarki pod słońcem. :)